sobota, 11 października 2014

Rozdział 8

     - Wieczorem zaatakujemy Taeila. - Usłyszałam jak Tao gwałtownie wciągnął powietrze. - Musimy to zrobić teraz, kiedy jesteśmy silniejsi. Gisa mówiła, że Taeil planuje zabijać nas po kolei. Kiedy osaczy jedną osobę, nieważnie jak silną, przewaga liczebna może zdecydować o wyniku starcia. 
      - Elie, wiem co o tym myślisz ale proszę, zastanów się dobrze, może i jest od nas słabszy ale nie chcę narazić nikogo na niebezpieczeństwo, a tym bardziej na śmierć. - Czarnowłosy chłopak popatrzył mi w oczy.
       W drodze powrotnej usiadł ze mną i całą podróż nasze kolana się dotykały. Po wczorajszym pocałunku w mojej głowie działy się dziwne rzeczy. Z jednej strony rumieniłam się i stresowałam, a z drugiej cieszyłam się jak głupia. 
     - Porozmawiajmy o tym jak już wrócimy. 
     Obudziłam się i zobaczyłam, że auto zaparkowane jest pod domem. Poczułam na swoich plecach rękę, delikatnie je gładziła. Spojrzałam w górę i moje oczy spotkały się z czarnymi tęczówkami. Momentalnie na moje policzki wypłynął rumieniec. 
      - Kto by pomyślał, że osoba, która nie raz wyzywała mnie słowami, od których robi się człowiekowi słabo, tak słodko potrafi się zarumienić. - Po tym stwierdzeniu twarz dosłownie zaczęła mnie piec z gorąca. Nie wiedziałam dlaczego tak reaguję. Słyszałam jak chłopak koło mnie się śmieje i naprawdę miałam ochotę mu przyłożyć, ale zanim udało mi się zebrać w sobie i uderzyć go w ramię, poczułam na szyi jego usta. Zesztywniałam i nie wiedziałam co robić.  Krzyczeć, zostać i poddać się pieszczocie czy uciekać. Jak by nie patrzeć, jestem pierwszy raz w takiej sytuacji. Kiedy ja biłam się z własnymi myślami, czarnowłosy poczynał sobie coraz śmielej, w końcu zbliżył swoją twarz do mojej i popatrzył mi głęboko w oczy. - Nie chcę żebyśmy udawali, że to co się wydarzyło nie miało miejsca, a nawet wręcz przeciwnie. - Złapał mnie za rękę i przyłożył ją sobie do piersi. - Czujesz? - Zapytał. - Bije tak mocno kiedy tylko jesteś w pobliżu. Nie powiem ci, że to co do ciebie czuję to miłość, bo na to jest za wcześnie. - Tu ma rację, po zaledwie dwóch miesiącach znajomości nie można stwierdzić, że darzy się kogoś takim uczuciem jak miłość. - Ale nie wiem ile możemy mieć czasu. Kiedy nadejdzie walka i czy wyjdziemy z niej cało, tego też nie wiem. Wiem tylko tyle, że zależy mi na tobie. - W życiu nie spodziewałam się takiego wyznania od nikogo. Z jednej strony byłam przerażona, a z drugiej szczęśliwa.
     Nie wiedziałam jak mam odpowiedzieć, więc zrobiłam coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewała. A mianowicie nachyliłam się i pocałowałam go w usta. Nie był to pocałunek należący do namiętnych, a bardziej do obiecujących. Chciałam, żeby ukazał wszystkie moje emocje. 
     - Ciesze się, że się rozumiemy. - Złapał mnie za rękę. - Chodźmy już do środka.
      Nie puścił mnie nawet po tym, jak przekroczyliśmy próg domu. Przyznanie się przed sobą i nim było trudne, a okazywanie wszystkim, że coś nas łączy, było przerażające. Chłopak chyba to zauważył. 
      - Co się dzieje? Wstydzisz się? 
      - Nie! - Odparłam szybko. - Tylko nie chcę aż tak tego manifestować. - Popatrzyłam na swoje buty. Tao cicho się zaśmiał i pocałował mnie w czoło. Weszliśmy do salonu i zastaliśmy bardzo niecodzienną sytuację. Prawie wszyscy siedzieli na kanapie i patrzyli szeroko otwartymi oczami na scenę rozgrywaną przed nimi. Na środku pokoju stał Taemin z zaciśniętymi pięściami, patrzący spod byka na swojego chłopaka, który stał przed nim.
     - No? - Warknął Luhan. - Dowiem się w końcu co ci się stało, czy nie?! - Teraz już krzyknął. - Nie ma mnie dwa dni, a ty puszczasz się jak pierwsza lepsza dziwka! - Blondyn wybuchnął. 
      - Nie mów tak do mnie! - Tae zaczął się bronić. - Nie dajesz mi tego, czego potrzebuję, więc się nie dziw! Mam tego dość! Ograniczasz mnie! - W jego oczach pojawiły się łzy. - Traktujesz mnie jak dziecko! 
      - Bo jesteś dzieckiem! Boże, popatrz na siebie! Zachowujesz się jak gówniarz. Masz mnie, osobę która zawsze była koło ciebie i się tobą opiekowała, a na boku szukasz sobie wrażeń. - Na twarzy mojego strażnika pokazał się wredny uśmieszek. - Powiedz mi chociaż czy to facet, czy dziewczyna zostawiła ci na szyi takie znaczki, co? - Młodszy długo nie odpowiadał. Kiedy jednak się odezwał, mówił pewnie.
     - Facet. - Tyle wystarczyło Luhanowi, podszedł do chłopaka i uderzył go.
     - Jesteś tylko zwykłą kurwą! Puszczającą się dziwką! Nie masz za grosz szacunku ani do siebie ani do mnie. - Wykrzyczał mu to prosto w twarz. - To definitywny koniec między nami. - Po tych słowach odwrócił się i usiadł koło reszty na kanapie. - Co oglądamy? - Zapytał ludzi zebranych w salonie, ale odpowiedziała mu grobowa cisza, jak widać, nieźle musiał nimi wstrząsnąć. Przez cały czas moje oczy były szeroko otwarte, nie spodziewałam się, że Lulu może zachowywać się w taki sposób.






***



 


 
        Kiedy po kłótni chłopaków nastał jako taki spokój, postanowiłam, że czas podzielić się planem z resztą. Zebrałam wszystkich w pokoju, nie obeszło się oczywiście bez złośliwych komentarzy Luhana skierowanych do Taemina. Dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś z taką uroczą buźką może być taki wredny.
      - Stwierdziłam, że nie ma co czekać na ruch Taeila i dlatego zaatakujemy go pierwsi. Dziś wieczorem. - Wszyscy zrobili wielkie oczy i patrzyli się na mnie. - Dzięki Gisie wiemy gdzie oni są i jesteśmy nawet w miarę przygotowani. Jeśli będziemy zwlekać, oni urosną w siłę i nasze szanse znacznie zmaleją.
      - To nie jest dobry pomysł. - Odezwał się Tao. - Zgadzam się ze wszystkim co powiedziałaś, ale to za duże ryzyko. - Rozglądnął się po zebranych. - Ktoś z nas może zostać poważnie zraniony, albo, co gorzej, nawet stracić życie. - Znowu popatrzył na mnie. - Chcesz postawić na szali nasze życia. - Zagryzłam zęby. Wiedziałam jakie mogą być konsekwencje, ale perspektywa, że będą nas zarzynać po kolei, nie była za ciekawa.
       - Albo jesteś ze mną, albo nie. - Warknęłam. - To samo tyczy się was wszystkich. Zdecydujcie czy idziecie ze mną, czy zostajecie. - Wstałam. - Wyruszamy za pięć godzin. - Skierowałam się w stronę swojego pokoju. Kiedy już się w nim znalazłam, usiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać czy postąpiłam dobrze. Zależy mi na nich wszystkich i nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda. Są dla mnie jak rodzina i jeśli ktoś będzie chciał ich tam zabić, oddam za nich własne życie.
       Obudziłam się chwilę przed czasem, kiedy mieliśmy wychodzić. Chciałam się przespać i być wypoczęta, bo wtedy moje moce są najsilniejsze. Przebrałam się w ubrania, które nie będą krępować ruchów, kto wie co może się tam wydarzyć. Zeszłam na dół i zobaczyłam, że wszyscy, bez wyjątku, już tam na mnie czekają. Uśmiechnęłam się szeroko, cieszę się że wszyscy zaakceptowali mój plan, teraz na pewno damy radę.
        Gisa opisała nam dokładnie, a nawet rozrysowała, jak wygląda środek ich kryjówki, żebyśmy wiedzieli jak się po niej poruszać. Niebieskooka i Tao są jedynymi osobami, które dysponują najważniejszym z żywiołów - energią, dlatego kiedy podzieliliśmy się na dwa zespoły, oni również zostali rozdzieleni. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżaliśmy się do ich kryjówki, a ja zaczynałam się bać. Miałam przeczucie, że coś złego może się stać. Zatrzymaliśmy się kawałek przed miasteczkiem sąsiadującym z tym, w którym my mieszkamy. Szliśmy w ciszy za Gisą, której dłonie lekko się trzęsły, z tego co wiem, jej wspomnienia stąd nie były najlepsze i zrobiło mi się głupio, że wciągnęłam ją w to. Kiedy chciałam podejść do niej i pocieszyć, wyprzedził mnie Zelo. Zrównał z nią krok i cicho powiedział jej coś na ucho, po czym dziewczyna przestała się trząść. 
         - To tu.
         Zobaczyliśmy przed sobą metalowe drzwi od bunkru. No tak, gdzie nikt was nigdy nie znajdzie? W opuszczonych wojskowych bunkrach. Wzięłam głęboki oddech i weszliśmy. Rozdzieliliśmy się na dwie, wcześniej omówione, grupy praktycznie od razu po wejściu. Tao, V, Zelo i Luna wraz ze swoimi strażnikami udali się w prawo, czyli tam, gdzie, jak przypuszcaliśmy, przebywali ludzie Taeila. Natomiast my (czyli Gisa, Mark, Cassie, Triss, ja, oraz nasi strażnicy) ruszyliśmy prosto do niego. Nie martwiłam się o pozostałych, bo wiedziałam, że Luna i L byli przetrzymywani w tym miejscu przez jakiś czas, w pewnym stopniu znali te mury, więc mogli ich poprowadzić. W środku panował półmrok i cisza, byłam zaniepokojona, że nasi wrogowie skądś się dowiedzieli i teraz czekali na nas przygotowani, ale JJ pocieszył mnie, że tu zawsze tak jest. Ludzie Taeila boją się go i siedzą w swoich kwaterach, nie chcąc wchodzić mu w drogę. Szliśmy szerokimi korytarzami do miejsca, gdzie podobno ten zły kurdupel zrobił sobie swoje biuro dowodzenia. Stojąc przed TYMI drzwiami przywołałam swój ogień, z nim zawsze czułam się bardziej pewnie. Pchnęłam je i pierwsze, co poczułam, to obezwładniający ból. Spojrzałam na rękę i zobaczyłam dziurę w bluzce i krew, a po tym do moich uszu doszedł śmiech.
       - Czekałem na ciebie. - Z bólu zakręciło mi się głowie i oparłam się o ścianę. - Szkoda, że nie trafiłem! To miał być śmiertelny strzał. - Mówił dziwnie spokojnie. Dopiero teraz dotarły do mnie jego słowa. Jak to “Czekałem na ciebie.”? Skąd on wiedział że my tu idziemy?! Spojrzałam za siebie. Blady Luhan patrzący na moją rękę, która już powoli przestawała mnie boleć. Triss mająca w oczach rządzę mordu i stojących obok niej Marka, Jacksona, Gisę i JJ. Czekali na mój znak. Nie widziałam nigdzie Cassie i Taemina. Przed chwilą za nami byli. Gdzie zniknęli? Jednak wtedy nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
       - Skoro na nas czekałeś, to wiesz po co tu jesteśmy. - Uśmiechnęłam się do niego tak nieprzyjaźnie, jak tylko umiałam.
       - Oczywiście, że wiem. Przyszłaś, bo chcesz się zobaczyć z rodzicami. - Nie wytrzymałam już. Skoczyłam w powietrze w jednej sekundzie, przywołując znowu płonienie, które zgasły kiedy kula trafiła mnie w rękę. Taeil miał w ręku pistolet, znowu skierowany w moją stronę, nie zawahałam się, teraz mógł mnie podziurawić tymi przeklętymi nabojami. Wylądowałam na biurku, na szczęście nie obrywając żadnym pociskiem.
       - Gdzie ten twój przydupas z żabimi oczami? - Zapytałam z bezczelnym uśmieszkiem.
       - Poszedł przywitać resztę naszych gości. - Do pokoju wpadło nagle kilku innych ludzi i rzucili się na moich przyjaciół, nie miałam czasu nawet na nich spojrzeć, bo poczułam na policzku zimny metal. Dotknęłam ręki, która trzymała przy mojej twarzy pistolet i z satysfakcją słuchałam krzyku bólu wywołanego oparzeniem. Nigdy wcześniej nie uczyłam się zadawać komuś ran, a teraz przychodziło mi to z taką łatwością. Było tak, jakby moje ciało samo wiedziało co ma robić, parowało i oddawało ciosy. Chłopak próbował jeszcze we mnie strzelać, ale za każdym razem udawało mi się tego uniknąć. Rzucałam w niego kulami ognia, gdzieniegdzie w jego ubraniu pojawiały się wypalone dziury. Miał moc ziemi, co utrudniało mi ataki żywiołem. Walka wciąż trwała, ale z sekundy na sekundę nasze siły okazywały się lepsze, mieliśmy przewagę. Widziałam każdego z mojej grupy, radzili sobie. Wciąż jednak brakowało dwóch osób. Cassie i jej strażnika. Może postanowili dołączyć do Tao? Może uznali, że im bardziej przyda się pomoc? Chwilę później zobaczyłam, jak Taeil patrzy za mnie i uśmiecha się z satysfakcją.
        - Zostawcie ją, póki życie wam miłe. - Usłyszałam JJ i wiedziałam o kogo chodzi. Odwróciłam się spanikowana. To, co zobaczyłam, bardzo mnie zaskoczyło i nie wiedziałam, czy aby przypadkiem mi się nie przywidziało. Gisa stała sama, a nad jakimś chłopakiem pochylał się prawdziwy gryf z niebieskimi piórami na skrzydłach. Ale przecież widziałam już zwierzęcą postać JJ. Był motylem, dużo mniejszym, niż ten wielki stwór miażdżący gardło biedaka pod nim. W tym momencie usłyszałam krzyk bólu, na pewno nie był to głos kogoś z tego pokoju. Na czole pokazały mi się kropelki potu. Bałam się, że to ktoś od nas. W pomieszczeniu został tylko Taeil i jeden z jego ludzi, z resztą się rozprawiliśmy. Czas zadać ostatni cios. Czas zakończyć to raz na zawsze. W pół kroku zatrzymało mnie wejście Kory.
      - Elie! - Zawołała rozpaczliwie, w jej oczach zobaczyłam wielki smutek, wiedziałam co się stało, ten krzyk... Błagam, nie!
      - Wrócę tu po ciebie i zabiję cię w najbardziej brutalny sposób, na jaki tylko będzie mnie stać. - Odwróciłam się i ruszyłam za dziewczyną.






***






         Biegliśmy przez korytarze w stronę wyjścia, chciałam znaleźć się tam jak najszybciej. Słyszałam za sobą kroki pozostałych z mojej grupy. Kiedy w końcu zobaczyłam na horyzoncie naszego vana, do moich uszu dobiegł płacz. Serce mi się ścisnęło. To nie mogło się stać. Nie... To wszystko przeze mnie! 
        - Co się stało? - Krzyknęłam, po czym zobaczyłam Lunę ze łzami w oczach. Siedziała na ziemi, obok niej bezwładnie leżał nieprzytomny U-Kwon, a ona gładziła jego włosy. Przód jego koszulki był cały czerwony a wokół niego tworzyła się coraz większa kałuża krwi.
        - Ten cały Minho... chciał we mnie strzelić. - Zaczął Zelo z trudem. - On - spojrzał na przyjaciela - osłonił mnie i dostał. Ale nie stracił przytomności! Walczył dalej... - Popatrzył na mnie, a jego wzrok zatrzymał się na moim ramieniu i dziurze po naboju, zagryzł mocno wargi.
        Luna uniosła głowę i chciała coś powiedzieć, ale widocznie głos uwiązł jej w gardle, bo tylko spojrzała na swojego strażnika, jakby z wyczekiwaniem.
        - U-Kwon stracił dużo krwi. - Odezwał się nagle L. Wzrok nas wszystkich skierował się w jego stronę. - Jeden z tych sku...
        - Nie przeklinaj. - Luna przerwała mu cicho, ale stanowczo.
        - Jeden z ludzi Taeila - kontynuował bez mrugnięcia - zaatakował go czymś w rodzaju drzewnej... macki? Podczas kiedy pocisk nie spowodował większych obrażeń, atak żywiołem ziemi zwalił go z nóg. - Byłam zdziwiona, jak L może mówić nam o tym wszystkim z takim spokojem. Jego głos i oczy były zupełnie pozbawione emocji. - Luna twierdzi, że drewno było zatrute. - To ostatnie zdanie wypowiedział już ciszej, przenosząc wzrok z odległego, nieokreślonego punktu na nią.
        - Jedźmy do domu, nic tu po nas. - Zadecydowałam.
        Zapakowaliśmy się, przenosząc delikatnie rannego chłopaka. Gdy wsiedliśmy do samochodu i zobaczyłam puste miejsca, nagle mnie olśniło.
        - Gdzie Cassie?
        - Przecież była z wami. - Zapytałam ogólnie, ale odpowiedział mi V.
        - Nie było jej. Myślałam, że dołączyła do was.
        - Dlaczego by miała? - Zapytał zdziwiony Jimin. - Ustaliliśmy chyba, że ona i Taemin są w waszej grupie.
        Na wspomnienie tego imienia Luhan poruszył się niespokojnie i odwrócił wzrok, udając, że widok za oknem jest bardzo interesujący.
        - Prawdę mówiąc, nie widziałem ich od momentu kiedy weszliśmy do tego żałosnego ,,centrum dowodzenia''. - Do rozmowy przyłączył się Jackson, akcentując sarkastycznie ostatnie słowa.
        - Zwiali. - Powiedział krótko i rzeczowo Mark. Jednocześnie zakończył tę dyskusję. Nie było już nic do dodania.
        - Przez długi czas nie powinni nas nękać, zabiliśmy pięciu jego ludzi. - Rzucił Tao, kiedy ruszyliśmy. Reszta drogi minęła w zupełnej ciszy.
        W domu położyliśmy U-Kwona u niego w pokoju, a ja zajęłam się jego ranami. Mój ojciec był lekarzem, więc mniej więcej wiedziałam, co mam zrobić, żeby chociaż trochę mu pomóc. Wysłałam Korę do miejskiego szpitala, żeby ukradła potrzebne mi rzeczy. Jednym z jej talentów jest niewidzialność, dlatego nadawała się do tego zadania najlepiej. Nie zajęło jej to dużo czasu, a kiedy już wróciła, przemyłam i odkaziłam rany... tak naprawdę, cała jego klatka piersiowa i brzuch, to była jedna wielka rana. Dałam mu też zastrzyk przeciwbólowy. Kazałam Korze przynieść ze szpitala igły chirurgiczne, bo sądziłam, że będę musiała szyć. Ale tam nie było co szyć. Nie mam pojęcia jak działa żywioł ziemi, bo mój, to ogień, ale to co widziałam było straszne. Nie sądziłam, że obrażenia po ataku ziemią mogą być tak poważne. Wyrzuciłam z pokoju wszystkich, nawet zdruzgotanego Zelo i zapłakaną Lunę, bo chciałam mieć spokój. Ale teraz, kiedy z bliska przyglądałam się U-Kwonowi, dotarło do mnie, że nie dam rady. Nie poradzę sobie z tym sama. Najgorsze było to, że nie mogliśmy oddać go w ręce profesjonalnych lekarzy, nie mogliśmy po prostu zawieźć go do szpitala. Oni nie umieliby mu pomóc. Co innego, gdyby chodziło tylko o ranę postrzałową... wystarczyłaby operacja, a z niewygodnymi pytaniami jakoś byśmy sobie poradzili. Ale to było coś więcej.
        Zanim zabrałam się za oczyszczanie, widziałam tylko krew. Jednak teraz mogłam wyraźnie zobaczyć, skąd się jej tyle wzięło. Cały brzuch chłopaka pokrywały drobne, ale bardzo głębokie rany. Bez przerwy sączyła się z nich krew. Wśród nich była jedna, największa, to w niej pewnie tkwił nabój. Mogłabym go zabandażować, ale czy to by coś dało? Czułam, że jest tylko jedna osoba, która wie, co tu się stało i co należy zrobić.






***





        Na dole, w salonie, gdzie wszyscy się zebrali, panowała cisza. Napięcie wisiało w powietrzu niczym mgła, było od niego aż gęsto. Brakowało tylko Taemina i Cassie, którzy wcześniej zniknęli bez wyjaśnienia, oraz Elie, która zajmowała się rannym U-Kwonem. Na szczęście oprócz niego nikt poważnie nie ucierpiał, jedynie Jimin trochę utykał na lewą nogę, dlatego zawsze opierał się na Marku lub Jacksonie, i Triss miała parę zadrapań. Pewnie dlatego, że nie posiadała strażnika i musiała radzić sobie sama. Od czasu powrotu, V nie odstępował jej na krok. Teraz usadowił się na ziemi obok jej fotela i przemywał jej dłonie wodą utlenioną.
        Kanapę zajmowali Mark, Jimin, Jackson i Luna, natomiast na oparciach po obu stronach siedzieli Luhan i L. Na kolejnym fotelu półleżał Zelo, miał zamknięte oczy i mokre policzki. Nad nim pochylała się Gisa, obejmowała chłopaka od tyłu, co chwilę wycierając swoim rękawem jego łzy. W rogu pokoju stał JJ z założonymi rękami. Patrzył w nieokreślony punkt, od czasu do czasu tylko zerkał na swoją podopieczną. Nie musiał się jej przyglądać, i tak wiedział co myśli i czuje.
        W drzwiach do kuchni stali Tao z Korą, szeptali coś do siebie, a właściwie tylko ona do niego, bo wszystko, co chciałby jej powiedzieć, dziewczyna słyszała w swojej głowie.
        Jackson widocznie nie mógł znieść tej niepewności i głuchej ciszy, bo wciąż się wiercił. Czuł się nieswojo, kiedy nikt nic nie mówił. Przywykł do hałasu i gwaru. Nie wytrzymał wreszcie. Westchnął głośno, uniósł głowę i odezwał się pierwszy.
        - Myślicie że on przeżyje?
        Na te słowa Zelo i Luna zerwali się raptownie. Chłopak siedział teraz sztywno wyprostowany z szeroko otwartymi oczami. Blondynka zaś odsunęła twarz od swoich kolan, które obejmowała rękami, i zmierzyła Jacksona wrogim spojrzeniem. Pozostali siedzieli bez ruchu, oniemiali, nikt nawet nie pomyślał, żeby mu odpowiedzieć.
        L musiał usłyszeć myśli Luny, bo zerknął na nią z ukosa, po czym wrócił spojrzeniem przed siebie, przymknął na chwilę oczy i wydał odgłos irytacji. Wyciągnął rękę w bok, nie wysilając się zbytnio, bo przecież siedział wyżej, i bez uprzedzenia uderzył Jacksona w tył głowy.
        - Ałaa... Za co to?! - Ten wykrzyknął z wyrzutem.
        - Debil. - Mruknął pod nosem L, chowając ręce z powrotem do kieszeni.
        Jackson już otwierał buzię, żeby odpowiedzieć na tę obelgę, ale przerwało mu niespodziewane zachowanie Luhana. Zerwał się na równe nogi jak oparzony, rozejrzał się po pokoju, wbił nieobecny wzrok w sufit, a potem skierował go na Lunę, na co ta, zaskoczona, zmarszczyła brwi. Podszedł do niej, złapał za nadgarstek i niemal zerwał ją z kanapy, tak że prawie się wywróciła. Nic nie mówiąc, ruszył po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowaną dziewczynę. W połowie drogi odwróciła się i rzuciła pytające spojrzenie swojemu strażnikowi, ale on tylko wzruszył ramionami.
        Bez sprzeciwu maszerowała za nim, wpatrując się w jego plecy. Domyślała się dokąd ją prowadzi, nie wiedziała tylko po co. Luhan nie zatrzymał się przed drzwiami nawet na chwilę, otworzył je od razu i wpadł do pokoju z impetem. Wciąż nie puszczając Luny, wyciągnął dziewczynę zza siebie i wysunął jej rękę do przodu, jakby chciał ją komuś wręczyć.
        - Proszę, przyprowadziłem ci ją. Myślałaś o tym. - Powiedział.
        Znajdowali się w pokoju U-Kwona. Leżał na łóżku nieprzytomny, nie miał na sobie koszulki. Luna do tej pory widziała tylko jego zakrwawione ubranie, i samo to wywoływało u niej płacz; teraz, kiedy patrzyła na obrażenia na jego torsie, jedyną emocją widoczną na jej twarzy był czysty szok.
        Przed nimi stała Elie, choć nie płakała, jej oczy ukazywały głęboki smutek i beznadzieję. Drżące dłonie i spuszczony wzrok nie wróżyły nic dobrego.
        - Dziękuję. - Zaczęła. - Lulu, posłuchaj... - Przerwała, widząc, że oboje na nią spojrzeli. - To znaczy, ty Lulu - zwróciła się do blondynki - nie ty Lulu - to powiedziała do chłopaka.
        Luhan uśmiechnął się ze zrozumieniem. Skinął głową, puścił dziewczynę stojącą obok niego i wyszedł z pokoju, cicho zamykając drzwi.
        - Co tam się stało? - Elie zapytała od razu. - Jego brzuch... wygląda jak podziurawiony dziesiątkami, nawet setkami igieł. Jak można zrobić coś takiego ziemią?
        - Normalnie. - Luna odpowiedziała szybko. - Nie ma czasu na wyjaśnienia. Mówiłaś, że twój tata jest... był lekarzem, i że wiesz co trzeba robić. - Zerknęła na U-Kwona. - Dasz radę mu pomóc?
        Elie przełknęła głośno ślinę, nie wiedziała co powiedzieć. A nawet jeśliby wiedziała, to nie miała pojęcia jak to ubrać w słowa. ,,Przepraszam, ale nie dam rady''? ,,Myliłam się''? ,,Nie wiem jak go ratować, bo nie wiem co mu jest''?
        - Nie. - Odpowiedziała krótko i zwięźle. To nie był odpowiedni moment, żeby się rozwlekać.
        Luna uniosła kącik ust i przymknęła oczy. Elie pomyślała, jak bardzo w tym momencie przypomina swojego strażnika. Nie chodziło o wygląd, raczej o wyrażanie emocji; choć trzeba przyznać, że mimo tak charakterystycznego dla nich cynizmu, dziewczyna była bardzo uczuciowa, w porównaniu do wiecznie chłodnego L.
        - Tak myślałam. - Nazbyt spokojny ton Luny był tylko przykrywką i Elie doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Niby miałam nadzieję, że wiesz z czym masz do czynienia, ale jednak obawiałam się, że medycyna tu nie pomoże. Jak widać, słusznie.
        Wyższa z dziewcząt nie wytrzymała presji, ugięły się pod nią nogi. Opadła ciężko na łóżko i ukryła twarz w dłoniach.
        - Przepraszam. - Wychlipała. - Nie miałam pojęcia, że to się tak skończy. Nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie...
        - Skończy? - Luna prawie krzyknęła. Cały jej spokój nagle zniknął. - Wstań. Weź się w garść. Nie płacz. - Wydawało się, jakby chwila rozłąki z L wystarczyła, żeby wróciły do niej emocje. Jej głos był teraz przepełniony złością, smutkiem, zrozumieniem, nadzieją... Wszystkim naraz. Elie spojrzała na nią zdziwiona. - Jest sposób, żeby go uratować. Chyba. Tak sądzę...
        - Co... - Zaczęła Elie, ale nie dane było jej skończyć.
        - Nic. - Ucięła Luna. - Nie ma czasu. Wszystko wszystkim wyjaśnię, ale później. Biegnij na dół i przyprowadź mi energię.
        W pokoju zapadła cisza. Luna uklękła przy łóżku i podwinęła rękawy, natomiast Elie wstała, ale, niepewna, nie ruszyła się o krok.
        - Szybko! - Dodała blondynka, widząc jej wahanie.
        Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, żeby odpędzić łzy i oprzytomnieć, i wypadła z pokoju. Popędziła na dół najprędzej jak umiała. W salonie znalazła się w mgnieniu oka, od razu wyszukując wzrokiem Gisę. Siedziała na oparciu fotela, na którym był Zelo. Trzymała jego rękę w swoich dłoniach. Elie pomyślała, że nigdy przedtem nie widziała go w takim stanie. Uosobienie rozpaczy. Kiedy biegła po schodach i wpadła do salonu, narobiła trochę hałasu. Skierowała tym na siebie wszystkie spojrzenia, ale Zelo nawet nie mrugnął. Wyglądałby jakby spał, gdyby nie łzy bez ustanku płynące po policzkach. Poczucie winy uderzyło ją nagle. Zabiłam mu przyjaciela, przemknęło jej przez myśl. Zarówno ją jak i Luhana zaskoczyła dosadność tych słów. Niestety, z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej realne.
        - Musisz iść ze mną. - Elie próbowała mówić stanowczo, żeby zatuszować drżenie głosu po płaczu. Patrzyła prosto przed siebie, czekając, aż jej oczy spotkają się z niebieskimi, Gisy. Dziewczyna już unosiła głowę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie chodzi o nią, kiedy w pokoju rozbrzmiał nowy głos.
        - Tak Tao. - L wstał ze swojego wcześniejszego miejsca. - Musisz iść z nią. - Odwrócił się i stał teraz naprzeciwko niego i Elie. Oboje wpatrywali się w chłopaka zaskoczeni.
        - Ja? - Spytał Tao.
        - On? - Zawtórowała mu Kora.
        - Ale... - Elie zaczęła, ale L mrugnął do niej i ledwo zauważalnie pokręcił głową, czym powstrzymał ją od dalszego mówienia.
        - Co się dzieje? - Zza oparcia kanapy wysunął się Mark. Powiedział na głos to, co chodziło po głowie wszystkim.
        - Luna bawi się w cudotwórcę. - L stał tyłem do niego (a zarazem do całej reszty, oprócz Tao i Elie). - Ale nie radzę pokładać w tym nadziei. - Dopiero teraz obejrzał się za siebie. - Cudów nie ma.
        W tym momencie Zelo gwałtownie zerwał się z fotela, wyrywając jednocześnie rękę z uścisku Gisy. Miał znów otwarte oczy. Niektórym wydawało się, że podejdzie do L i go uderzy, ale on tylko wymaszerował z pokoju prosto do drzwi frontowych i wychodząc trzasnął nimi tak, że aż wszystko się zatrzęsło. Dziewczyna, która przed chwilą ściskała jego dłoń, natychmiast za nim pobiegła. JJ nadal stał w tym samym miejscu z założonymi rękami, ale teraz spuścił wzrok i westchnął z rezygnacją.
        Tao miał dość tego wszystkiego, wyminął najpierw L, potem Elie (choć przechodząc koło niej rzucił jej czułe spojrzenie i musnął jej dłoń), żeby znaleźć się na schodach, i energicznym krokiem ruszył na piętro. L, wciąż trzymając ręce w kieszeniach, niespiesznie podążył za nim.
        Pozostali patrzyli po sobie pytająco, ale każdy wzruszał ramionami, bo przecież nikt nic nie wiedział. W końcu skupili się na jedynej osobie, która mogła mieć jakieś informacje. Elie.
        - Nie idziesz z nimi? - Kora spytała jej, opierając się o framugę drzwi.
        - Nie. Ale ty powinnaś. - Odpowiedziała stanowczo. Kora przyłożyła dłoń do piersi, jako niewerbalne ,,Ja?''. - Tu nie chodzi o Tao, tylko o jego moc. Jest silniejsza, kiedy jesteś przy nim. - Mówiła głosem nieznoszącym sprzeciwu, chyba złość, czy to na siebie, czy całą tą sytuację, przejęła nad nią kontrolę. Dziewczyna skinęła głową i pobiegła na górę.



***



        Kiedy Elie wyszła z pokoju U-Kwona, Luna została z nim sam na sam. To nic, że był nieprzytomny, dziewczyna lubiła każdą chwilę z nim spędzoną, nawet kiedy nie mógł jej zobaczyć ani usłyszeć. Oczywiście mogła zrobić to, co Elie, czyli poprosić w myślach L, żeby przyprowadził kogo trzeba. Byłoby szybciej. Ale ona kierowała się w tym momencie impulsem, emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem. Potrzebowała chwili samotności. Człowiek, który cierpi, potrzebuje pocieszenia. Ale człowiek, którego uczucia czynią słowo ,,cierpieć'' śmiesznym niedopowiedzeniem, może odnaleźć się tylko w samotności. U-Kwon leżał bez ruchu, wyglądał jakby spał. Ale wystarczyło spuścić wzrok z jego twarzy na klatkę piersiową, żeby uświadomić sobie, że wcale nie spał. On umierał.
        Luna siedziała na ziemi przy łóżku, złapała jego chłodną rękę w swoje i schowała głowę w ramiona. Nie lubiła płakać przy ludziach, uważała to za oznakę słabości. W kryjówce Taeila, kiedy zobaczyła jak U-Kwon został zaatakowany jedną z najniebezpieczniejszych technik ziemi, bezmyślnie rzuciła się na napastnika, mimo że jej specjalnością była walka z dystansu, a nie bezpośrednia. Na szczęście nie dotarła do niego, bo L w porę złapał ją mocno i nie puścił, dopóki nie wyszli na zewnątrz. Tylko ona wiedziała co się stało i czym to grozi. Pozostali zorientowali się, że coś jest nie tak dopiero po chwili, kiedy U-Kwon padł na ziemię. Widziała jak Zelo i V wynoszą go stamtąd. I wtedy pękła. Rozpłakała się, wyrwała swojemu strażnikowi (który musiał sam ją puścić, bo inaczej nie dałaby rady) i pobiegła w stronę rannego, żeby jak najszybciej się przy nim znaleźć. Było jej wtedy wszystko jedno, czy ktoś na nią patrzy czy nie.
        Jednak teraz, kiedy byli sami, płakała bez skrępowania, łzy poleciały same. Nie chciała dopuścić do siebie tej myśli, ale podświadomie wiedziała, że to może być ostatni raz. Miała mu jeszcze tyle do powiedzenia...
        Usłyszała kroki na schodach, więc szybko wytarła oczy rąbkiem koszulki, podniosła się i usiadła na łóżku. Przyjrzała się uważnie, leżącemu na nim chłopakowi. Znajoma twarz wydawała się teraz tak obca. Brakowało tej wiecznej radości, która potrafiła rozbroić każdego. Dziewczyna uśmiechnęła się na to wspomnienie.
        - Straszny z ciebie głupek. - Powiedziała cicho, jako ostatnie słowa pożegnania.



***



        Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Tao, po nim L spacerowym krokiem, a zaraz za nimi wpadła zdyszana Kora, widocznie musiała biec. Pierwszy chłopak stanął po drugiej stronie łóżka i patrzył na U-Kwona szerokimi ze zdziwienia oczami.
        - Wygląda jak w gorączce. - Powiedział smutnym głosem.
        - Ma gorączkę. I coraz mniej krwi. To nie ustanie, dopóki mu nie pomożemy. - Mówiąc ,,to'', Luna wskazała wzrokiem jego klatkę piersiową. Była pokryta niezliczoną ilością drobnych ran, które nawet na chwilę nie przestawały krwawić. - Gdyby...
        - ... był człowiekiem, już by nie żył. - L dokończył jej myśl, wyczuwając chyba, że sama nie da rady. - Ale nie jest, podobnie jak ja, więc ma jeszcze trochę czasu. - To, zdaje się, dodał już od siebie.
        - Co zamierzasz zrobić? - Wysapała Kora opierając się o klamkę.
        - Widzicie te kropki? - Opuszkami palców dotknęła skóry U-Kwona. - W każdej z nich kryje się drzazga. Niektóre są grube jak gwoździe, inne cienkie jak szpilki. Drewno jest zatrute. Ta substancja hamuje proces krzepnięcia krwi i wywołuje chorobę właściwą tylko istotom z ich planety.
        - Słyszałam o tym. - Mruknęła strażniczka Tao, już ze spokojniejszym oddechem. - Ale tej techniki się prawie nie używa.
        - Bo jest niemal niemożliwa do wykonania.
        Równie niemożliwe jest przeżycie takiego ataku, pomyślał ponuro L, wdzięczny, że telepatia między nimi nie działa w obie strony.
        - Jeżeli uda mi się wyciągnąć te drzazgi, to krew znów zacznie krzepnąć. - Luna kontynuowała wypowiedź. - A jeśli zrobię to odpowiednio wcześnie, to może nie dojdzie do rozprzestrzenienia trucizny.
        Już doszło, nie widzisz że ma gorączkę? L nie powiedział tego na głos, nadzieja mogła być jedyną rzeczą jaka jej została, a on za wszelką cenę nie chciał jej skrzywdzić.
        - Twoja rola jest bardzo ważna. - Zwróciła się do Tao, dalej tłumacząc swój plan. - Bez energii nic nie zrobię. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będziesz jak elektrowstrząsy w szpitalu. Tylko naturalne. - Uśmiechnęła się do niego słabo, co chłopak odwzajemnił. - Musisz też wzmocnić mój żywioł, zadbasz o odpowiedni przepływ energii, dzięki czemu będę mogła zlokalizować drewno pośród tkanek i wyciągnąć je tą samą drogą, którą tam trafiło.
        ,,Jeśli nie uszkodzisz mu żadnego narządu, to przez tydzień będę tylko wiewiórką. A jeśli uszkodzisz, to koniec, po nim. Niestety, to drugie jest bardziej prawdopodobne.'', L pokręcił głową pogrążony we własnych myślach.
        - Nie wolno nam uszkodzić żadnego narządu. - Usłyszał i raptownie uniósł wzrok. Czyżby się mylił co do obustronności ich telepatii? Luna wciąż patrzyła na Tao, a on ze zrozumieniem kiwał głową. L odetchnął z ulgą, to był tylko przypadek. Cóż - uśmiechnął się sam do siebie - podobno wielkie umysły myślą razem.
        Na łóżku, obok U-Kwona leżały bandaże i mnóstwo gazy, wszystko zakrwawione. Tak samo jak pościel. Kora zamknęła drzwi, na których się wcześniej opierała i podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej wszystkie ręczniki jakie znalazła, było ich dużo, ale oceniając stan chłopaka pomyślała, że to i tak niewystarczająco. W życiu nie widziała naraz tyle krwi.
        W tym samym czasie Tao próbował połączyć swoją energię z ziemią Luny. Ta technika jest często wykorzystywana podczas walki, ale ma to sens tylko wtedy, kiedy osobom ją wykonującym nawiązanie połączenia zajmuje moment. Jednak żeby to osiągnąć, potrzeba wiele wspólnych prób i treningów. Jeśli wojownicy łączą się ze sobą po raz pierwszy, wymaga to czasu i skupienia. Luna wstała i znajdowała się teraz naprzeciwko chłopaka. Oboje mieli zamknięte oczy, ale ona dodatkowo zasłoniła je dłońmi. Tao natomiast delikatnie uciskał skronie.
        L stał z założonymi rękami, opierając się o ścianę. Głowę miał przekrzywioną a spojrzenie chłodne. Nie lubił U-Kwona. Od samego początku. Ale kochał Lunę ponad wszystko i wiedział, że jeśli on umrze, razem z nim umrze mały fragment jej duszy, który mu oddała. I to był jedyny powód, dla którego wolał, żeby ten pajac jednak przeżył.
        Kora właśnie kładła ręczniki na łóżku, kiedy Tao gwałtownie otworzył oczy, zaraz po nim Luna. Wyglądało to tak, jakby nagle obudzili się ze snu.
        - Czujesz? - Zapytał.
        - Chyba tak. - Odpowiedziała, nie do końca jeszcze oswojona z nowym doświadczeniem. - Tak mi dziwnie... inaczej.
        - Mi też. - Tao uśmiechnął się pokrzepiająco. - Tak ma być. - Mówiąc to, wyciągnął ręce przed siebie i uniósł je na wysokość kilku centymetrów nad klatką piersiową U-Kwona.
        Luna zrobiła to samo, jednak troszkę niżej. Próbowała skoncentrować się na strukturze jego ciała. Tak naprawdę mogłaby robić to nie patrząc. Musiała się opierać na tym, co czuje, nie na tym, co widzi. Korzystała z szóstego zmysłu, ze swojej mocy. Odbieranie przez nią bodźców znalazło się teraz na zupełnie innym poziomie, a to, w jaki sposób postrzegała ciało U-Kwona, było porównywalne do USG. Tylko w trójwymiarze. Trochę tak, jakby mogła dotknąć każdej jego tkanki i przejrzeć ją na wylot. Pomyślała, że wszyscy przyszli lekarze powinni uczyć się w ten sposób anatomii, na co L zaśmiał się cicho.
        Dzięki Tao potrafiła odróżnić drewno od ciała. Komórki roślinne od zwierzęcych. Tych pierwszych było tyle, że zajęło jej chwilę, zanim zlokalizowała jedną, konkretną drzazgę. Skupiła się na niej. ,,Widziała'' nad nią pustą przestrzeń, poszarpane warstwy tkanek. To tamtędy musiała ją wydostać. I dokładnie tamtędy, żeby nie zrobić U-Kwonowi większej krzywdy ani nie rozprzestrzeniać trucizny. Zacisnęła powieki i przywołała do siebie całą swoją siłę. Oczywiście umysłu.
        Usłyszała, że Kora gwałtownie wciąga powietrze. Otworzyła oczy i zobaczyła, że dziewczyna siedzi przy poduszce i trzyma dłoń na mokrym czole U-Kwona. Z rozchylonymi ustami patrzyła na jego brzuch. Luna uniosła brwi i skierowała wzrok w to samo miejsce. Udało się? Naprawdę? Zdała sobie sprawę, że sama nie do końca w to wierzyła. Ale teraz, widząc mały kawałek drewna pod swoimi rękami, wystający lekko spod skóry chłopaka, poczuła przypływ jeszcze większej determinacji. Na nowo wstąpiła w nią nadzieja. Teraz już musiała skończyć to, co zaczęła. Miała moc, którą mogła uratować czyjeś życie. I to nie przypadkowe. To życie należało do samego Kim Yu Kwona, a zatem po części również do niej, i choć do tej pory miała wrażenie że coraz bardziej jej ucieka, pomyślała, że chyba właśnie zawróciło.
        Tao ujął w palce drobną drzazgę i odłożył ją na szafkę obok łóżka. Wziął głęboki oddech i popatrzył na Lunę. Nie odezwał się, ale wszystko co chciał powiedzieć doskonale wyraził w swoim spojrzeniu. Posłał jej delikatny uśmiech i skinął głową.
        Lunie nie trzeba było więcej, od razu przymknęła oczy i skupiła się na kolejnym odłamku drewna. Zastanawiała się, co L sądzi o tym wszystkim. Zawsze był z nią, zawsze po jej stronie. Czasem nie mówił nic, a czasem aż za dużo i ranił wtedy ludzi. Ale w stosunku do niej nigdy się tak nie zachowywał. Rozmawiał z nią najzwyczajniej w świecie, śmiał się przy niej, wygłupiał, złościł, smucił. Znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to wcale nie jest tak, że on udaje przy innych. On naprawdę taki był. Chłodny. Po prostu ona była wyjątkiem. Nie rozumiała tego do końca, ale była za to wdzięczna. Choć niekiedy żałowała, że nie może poznać jego myśli. I w tym momencie zdała sobie sprawę, że on zna jej.
        Już odwracała głowę żeby na niego zerknąć, kiedy poczuła nagłe zachwianie energii. Szybko zlustrowała brzuch U-Kwona, z zadowoleniem dostrzegając kolejną wyciągniętą drzazgę, i wróciła wzrokiem do Tao. Rozchylił usta i zmarszczył brwi, a za chwilę szerzej otworzył oczy, co dało obraz zaskoczenia, zmieszania i przerażenia w jednym.
        - Co się stało? - Zapytała szybko Luna.
        Z trudem na nią spojrzał.
        - Ja... nie czuję... bo on... - Tao jąkał się, jakby zapomniał jak mówić. Chociaż może w końcu wykrztusiłby z siebie to, co chciał powiedzieć, gdyby Kora nie poderwała się z miejsca i nie wykrzyczała tego spanikowana.
        - On nie oddycha!









_________________________________________
A w końcu! :p
Niektórzy może wiedzą, ale w czasie pisania tego rozdziału przeżywałam trudny okres :P
Jestem osobą nieradzącą sobie z własnymi emocjami i bardzo często wpadam w silną depresję. Ale dzięki przyjaciołom wszystko da się pokonać <3

Powoli widać już koniec opowiadania. Pozmieniałam plany i wróciłam do pierwowzoru, czyli krótkiego opowiadania. Nie chcę przeciągać, bo wiem, że mi to wtedy nie wyjdzie. 

Uprzedzam, że jak skończę to opowiadanie, chciałabym wstawić kolejne (które ma już zapisanych sześć stron).
Co to będzie… hmmm… Będzie miało trzy, może cztery części, będzie o jednym zespole i nie będzie to fantasy :P Chcę spróbować i sprawdzić, czy wyjdzie mi napisanie czegoś takiego. :)

Pozdrawiam, Elie

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Okej, dobra, przyznaję - to moja wina. Wiem, że ten rozdział miał tu być już jakiś czas temu, ale jest dzisiaj. Mógł być później, ale jako że mamy weekend, to posiedziałam sobie w nocy. A co mi tam ; ) Chcę też powiedzieć, że przez całe następne opowiadanie będę się puszyć z zazdrości, bo główny bohater to... hahah, niespodzianka :D (w każdym razie nikt stąd)
                                                                                                                                  Luna

4 komentarze:

  1. Ommmnoom *.* taki cudownyyy rozdział <3...ale dlaczego U-Kwon :'( ?? Oni go muszą uratować porostu muszą. :( I jeszcze ten Taemin...ohhh no taka zdrada :'( nie spodziewałam się tego po nim...raczej w głębi duszy czułam, że on przemysli to i pomoże im. :( Ale rozdział był taki...taki...no taki poprostu genialny <3 Życzę Ci dużoooo weny i czekam na kolejny rozdział :* buziaki <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Targają mną tak różne i sprzeczne emocje, że nie wiem, co napisać.
    Z jednej strony radość z powodu kwitnącej miłości między Elie a Tao, Gisą a Zelo,
    z drugiej smutek przez ciężki stan U-Kwona, zmieszanie, bo Taemin i jego postępowanie...
    Cóż...
    Pozostaje mi jedynie czekać na ten zapowiadany koniec.
    Naprawdę podziwiam Cię, Elie. Masz taką wyobraźnię...
    Weny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. błagam, niech Ukwiał żyje. ;-; opowiadanie super, przeczytałam wszystko za jednym zamachem (chociaż miałam przyhamowania, bo gubiłam się w akcji xD). Czekam na kolejne rozdziały. :3
    Rainie

    OdpowiedzUsuń