niedziela, 8 czerwca 2014

Prolog

   Kolejna nudna rodzinna wycieczka. W każdy weekend muszą mnie gdzieś zabierać i pokazywać jak to kochają spędzać czas ze swoją córką. Szkoda że tylko w weekend, w tygodniu widuję ich jedynie jak idę spać, bo praca i praca.
   - Uśmiechnij się kochanie bo naprawdę będzie fajnie, jedziemy dziś nie w góry, jak zwykle, tylko do lasu na spacer. - Uśmiechnęła się do mnie ciepło mama. - Przynajmniej  Luhan się wybiega i będzie spał cały dzień. - Wskazała podbródkiem psa śpiącego mi na kolanach. Pogłaskałam go czule po głowie, chyba tylko on jest ze mną cały czas. Kupiliśmy go jednej z najlepszych hodowli w kraju. Chciałam psa, który będzie ze mną, będzie kochał przebywać z człowiekiem i którego będę mogła brać na każdą wycieczkę, bo mimo tego że jestem z rodzicami, czuję się samotna, a jak jest ze mną Luhan, już nie. Popatrzył na mnie swoimi złotymi oczętami i polizał mnie po dłoni, zawsze wie kiedy potrzebuję jego troski i bliskości. - Jesteśmy! - Mama radośnie wykrzyknęła i wyskoczyła z samochodu.
   - Chodźmy Lu, coś czuję że ta wycieczka będzie inna niż wszystkie. - Pies wesoło pomachał ogonem i wyrwał przed siebie wbiegając między krzaki.


***


   Powoli zaczynam mieć już dość, rodzice nic innego nie robią tylko wypytują cały czas o szkołę albo inne tematy, na które po prosu nie chcę z nimi rozmawiać. Luhan jak tylko poczuł że zaczynam się stresować przybiegł do mnie i teraz szedł przyklejony do mojej nogi nerwowo się rozglądając i co jakiś czas jeżąc sierść. Sama miałam ochotę się najeżyć, od dłuższej chwili miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, jak powinno i do tego wciąż te irytujące pytania rodziców, mogą doprowadzić człowieka do szału.
   - Idę się przejść troszkę sama z psem, możemy spotkać się za jakieś dwie godziny przy samochodzie? - zapytałam rodziców.
    - Tylko nie zgub się. - Powiedział tata przytulając się do mamy, im też należy się chwila sam na sam. Weszłam w pierwsze wejście między drzewa. Luhan zniżył głowę i rozglądał się na boki, śledząc każdy ruch liści czy jakichś zwierząt. Przez chwilę szliśmy w całkowitej ciszy, nic się nie działo, ptaki nie śpiewały, nie było słychać szumu wiatru. Kompletna cisza. W momencie, w którym wyszliśmy na polankę, rozległ się odgłos wybuchu i spadania czegoś ciężkiego. Spojrzałam w górę i na niebie zobaczyłam meteoryty lecące na ziemię. Luhan zaczął szczekać i ciągnąć za moją nogawkę w stronę krzaków. Schowałam się tam, gdzie wciągnął mnie pies i obserwowałam. Meteorytów naliczyłam trzy, każdy leciał w inną stronę. Nie tak wyobrażałam sobie koniec świata. Kolejny wybuch, tyle że teraz meteoryt leciał w moją stronę. Spadł głośnym hukiem, ziemia zatrzęsła się lekko pod wpływem uderzenia. Przez chwilę siedziałam w krzakach i nic się nie działo, więc moja ciekawość wygrała i postanowiłam, że trzeba przyjrzeć się temu z bliska. Powoli zbliżałam się do krateru z psem praktycznie czołgającym się koło mojej nogi. Wskoczyłam do krateru i podeszłam do skały leżącej na samym dnie. Wyciągnęłam rękę, po czym delikatnie dotknęłam kamienia. Po całym ciele przeszedł mnie powalający na kolana ból. Upadłam, gdzieś z oddali słyszałam przeraźliwy szczek Luhana, a później tylko krzyk męskiego głosu i pojawiła się ciemność. Zemdlałam.
   - Obudź się. - Jakiś głos wwiercał mi się w czaszkę. - Nie mamy dużo czasu. - Otworzyłam oczy i podniosłam się do siadu. Koło mnie siedział chłopak i trzymał mnie za rękę. Popatrzyłam na niego, strasznie mi kogoś przypominał, ale nie wiem kogo.
   - Kim jesteś? - Zapytałam, a wtedy jego złote oczy popatrzyły w moje zielone.
   - Musisz mu z tym pomóc. - Znów ten głos. - Jestem Ireth Faelivrin i pochodzę z Malwasul. Nasza planeta umiera przez wojnę. Żeby nikogo na ziemi to nie spotkało, dwadzieścioro nas, z największymi mocami, przybyło tutaj, ofiarować wam właśnie tę moc. Wybrałam cię i już ci ją przekazałam. Dobrze ją wykorzystaj i pamiętaj, że nie na darmo przywódca innej rasy wybrał cię na swojego wasala. Luhan się tobą zaopiekuje, tak  jak do tej pory, tyle że teraz będzie na zmianę człowiekiem i zwierzęciem. Nie zakrywaj piętna, a inni cię znajdą, mogą to być dobrzy, ale także ci przed którymi uciekamy. Powodzenia moje dziecko, moja Elie. - Po tych słowach nastała głucha cisza.
   Kiedy szok zaczął mijać pojawił się rozrywający ból w prawej dłoni. Podniosłam ją na wysokość moich oczu. Na kciuku była rana w kształcie misternych wzorków poplecionych ze sobą.
   - No super, będzie z tego wspaniała blizna. - Mruknęłam na głos. Usłyszałam koło siebie parsknięcie i zapatrzone w moją dłoń złote oczy.
   - Piękne. - Moje oczy dosłownie wyszły z orbit, kiedy przypomniałam sobie słowa Ireth : "Luhan się tobą zaopiekuje". Luhan!? Że co?! Jaki Luhan?! Przecież Luhan to mój PIES! A ten co się na mnie patrzy jak cielę w gnat, to zdecydowanie chłopak. LUDZKI chłopak.
   - Kim jesteś? - Już drugi raz go o to zapytałam.
   - Jestem Lu. - Uśmiechnął się powalająco. - Może to troszkę dziwnie zabrzmi ale teraz dzielę ciało i umysł z twoim psem. Kiedyś byłem wojownikiem pani Faelivrin a teraz kiedy oddała swoje moce tobie, należę do ciebie - Chyba zaraz znowu zemdleję! Co ten człowiek do mnie gada, toż to świr jest jakiś. - Śmieszna jesteś, wiesz? Może powiem ci co teraz będzie się z tobą działo. - Pomógł mi wstać i skierował w stronę lasu, a dokładnie w stronę samochodu. - Na początek zacznie zmieniać się twój wygląd, kolor włosów, oczu..
   - Czekaj, powoli. Jak to zmieni mi się kolor oczu i włosów? - Coraz bardziej miałam ochotę uciec od niego z krzykiem "Wariat, ludzie ratunku!". Ale coś mi na to nie pozwalało.
   - Może źle to ująłem. Mam na myśli, że włosy zrobią ci się takie, jakie pierwotnie ma oznaczenie twoja moc. A oczy zrobią ci się bardziej intensywnie kolorowe. - Stanął przodem do mnie i popatrzył mi się w oczy. - Końcowy efekt powinien być taki jak wiosenna trawa. - Wznowił marsz w stronę moich rodziców i transportu do domu. - W tym samym czasie będę uczyć cię kontrolowania twoich mocy. Mogą pojawić się ludzie, których będzie przyciągać twoja moc, ci, z którymi powinniśmy się trzymać i ci, na których musimy uważać. Teraz nie będę już gadał, tylko sobie to przemyśl. - I przestał się odzywać.
   W końcu mam okazję mu się przyjrzeć. Bardzo delikatne rysy twarzy, mały zgrabny nosek, usta w miarę wąskie z dolną wargą bardziej wypukłą. Musi być pochodzenia azjatyckiego bo oczy ma lekko skośne, ale duże i brązowe. Jego włosy są koloru wypłowiałego blondu, jest wyższy ode mnie przynajmniej o piętnaście centymetrów. Do tego zgrabny. Ale coś mi w nim nie pasowało, wydawał mi się troszkę inny, niż reszta facetów, tylko co to może być. Odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem i zachichotał cicho.
   - Chyba jednak zapomniałem ci o czymś powiedzieć. - Jego uśmiech jeszcze się poszerzył. - Słyszę o czym myślisz. - Tym mnie zaskoczył, przez niego teraz nie wiedziałam co powiedzieć, zrobiło mi się głupio, bo musiał słyszeć jak oceniałam jego wygląd. - Jesteś naprawdę zabawna. Może to, co wydaje ci się inne we mnie, to to, że jestem gejem? - Znów się uśmiechnął, miał naprawdę piękny uśmiech.
   - I mówisz mi to tak po prostu?
   - A czemu nie? Tam skąd pochodzę nie robi to nikomu żadnej różnicy.
   - U nas jest z tym problem, ludzie w większości nie są tolerancyjni. - Kolejny uśmiech, tyle że teraz łobuzerski.
   - Nie martw się, dam sobie radę. - Po czym potrząsł głową i zmienił się znowu w psa.
   Ciekawe czy teraz też mnie słyszy. Szczeknął i oblizał mi rękę, więc chyba to oznacza ,,tak''.
   - No to Luhan, czas wracać do domu. - Wyszliśmy na polanę, na której było zaparkowane auto moich rodziców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz