Strony

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 4

    Wymyśliliśmy, że zrobimy dziś ognisko, więc U-Kwon i ja poszliśmy poszukać drewna do lasku koło domu. Kręciliśmy się dobre dwadzieścia minut, jednak nie było tam nic, co mogłoby się nadawać do spalenia. Miałam co prawda dobry humor i rzucałam chłopaka idącego przede mną szyszkami, ale powoli się nudziłam, kiedy on w ogóle nie reagował. ,
   - Długo jeszcze? Nudzi mi się. - Odezwałam się. - Zaczynają mnie boleć nogi i chcę już wracać. - Zamiast odpowiedzi usłyszałam głośne westchnięcie. Rozglądałam się na boki, chcąc znaleźć jakieś zajęcie dla siebie. - Patrz! Wiewiórka. - Ale U-Kwon wzruszył tylko ramionami i poszedł dalej. Uwielbiam takie małe stworzenia, nie dość że rude, to jeszcze takie urocze. Choć ta wydawała się jakaś taka dziwna. Patrzyła na mnie swoimi dużymi oczyma. - Hej, mała, chodź do mnie. - Wyciągnęłam do niej rękę i zachęcałam żeby na nią weszła. Zbliżyła się powoli, ale bez strachu, po czym wskoczyła na moją dłoń i obwąchała moje znamię. Kiedy już to zrobiła, spojrzała mi w oczy i czmychnęła na drzewo obok.
   - Elie, znalazłem drewno! - Usłyszałam z krzaków wołanie kolegi. - Chodź mi po... Aaaaaa!! - Słysząc piskliwy i przerażający krzyk, bardzo się wystraszyłam. Wypadłam z między drzew jak strzała, ręce aż po łokcie miałam w jęzorach płomieni, w razie jakby okazało się, że to Taeil nas napadł. Jednak gdy przyjrzałam się sytuacji, spostrzegłam, że na głowie U-Kwona siedziała ta sama wiewiórka i ciągnęła go za włosy. - Weź ją ściągnij! Jak mnie ugryzie to wścieklizny dostanę! - Machał rękoma próbując pozbyć się irytującego zwierzątka.
   - Stój i się nie ruszaj, pomogę ci. - Kiedy w końcu przestał rzucać się na boki jak jakiś świr, udało mi się odczepić małego, rudego gryzonia. - Widzisz, już po sprawie. - Chłopak patrzył się na wiewiórkę spod byka i, mogłabym przysiąc, z wzajemnością. Zaczęłam się głośno śmiać, bo brać, nie brać, to była śmieszna sytuacja. - Szybka ta wiewiórka jest, i czemu cię zaatakowała? Coś jej zrobił? - Zapytałam.
   - Ja? Nic. - Odezwał się zły. - Znalazłem po prostu drzewo, które nadawałoby się na ognisko. Ale jak tylko się  zbliżyłem, to to rude coś się na mnie rzuciło!
- Może na tym drzewie ma dziuplę i młode? I broniła ich przed tobą? - Naprawdę, przecież żeby zwierzę rzuciło się na człowieka, musi mieć jakiś powód. - Widzisz, jeśli nie zbliżamy się do tej jabłoni, to nic nam nie robi.
   - Już od jakiegoś czasu czuję coś dziwnego. Tak jakby był tu ktoś jeszcze. - Otworzył szeroko oczy. - Może jest tu Taeil?! Elie, spadamy. - Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął. Kilka sekund później usłyszeliśmy cieniutki głosik, ledwo słyszalny.
   - Pomożecie mi? - Jabłoń, którą U-Kwon chciał ściąć, nagle przemieniła się niską dziewczynę z blond włosami opadającymi na plecy. Kiedy się im przyjrzałam, zauważyłam, że są posklejane od krwi. Na twarzy miała siniaki i otarcia, wyglądała naprawdę przerażająco i smutno. U-Kwon pierwszy otrząsnął się z szoku wywołanego widokiem tej biednej istoty i podskoczył do niej, obejmując ją w talii i zakładając sobie jej rękę na ramie. Po jej drugiej stronie, zmieniając się z wiewiórki, pojawił się chłopak z bardzo ciemnymi brązowymi włosami. Wziął ją na ręce, odsuwając od U-Kwona i przytulił do siebie.
    - Proszę, pomóżcie jej. - Spojrzał na nas błagalnym wzrokiem. Pokiwałam głową na znak zgody i gestem pokazałam, żeby szedł za mną.

****


  Wpadliśmy do domu i od razu skierowaliśmy się do jednego z wolnych pokoi. Położyliśmy dziewczynę na łóżku a ja momentalnie zaczęłam ją opatrywać. To, co miała na twarzy, to nic w porównaniu z jej ciałem. Wszędzie miała siniaki i rany, niektóre powierzchowne,  inne głębokie. Ta dziewczyna musiała przejść piekło. Kiedy w końcu dokładnie ją umyłam i opatrzyłam wszystkie obrażenia, spojrzałam na chłopaka obok łóżka. Miał opuszczoną głowę i wyglądał na wycieńczonego. U niego również zauważyłam ślady na ciele, więc on też musiał cierpieć. Delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem. Otworzył oczy i spojrzał na mnie.
   - Dziękuję ci za to, co zrobiłaś. - Powiedział. - Nie wiem ile jeszcze by wytrzymała. - Pogładził ją po włosach i uśmiechnął się delikatnie.
   - Kto wam to zrobił? - Zapytałam, choć moje przeczucie podpowiadało mi, że wiem.
   - Taeil. - Wiedziałam. - Ona jest twoją drugą i kiedy w końcu udało nam się was wytropić, oni po nas przyszli. Dałem radę zabić jednego z nich, ale było ich za wiele. - Naprawdę im współczułam, musieli tyle wycierpieć.
   - Odpoczywajcie i wracajcie do sił. Wieczorem ktoś przyniesie wam kolację. - Zostawiłam ich samych, muszą nabrać dużo sił.
   W salonie wszyscy rozmawiali cicho, nie chcąc obudzić naszych gości. Gdy tylko weszłam, zapadła grobowa cisza. Pewnie czekają na wytłumaczenie, kim oni są.
   - Nie wiem jeszcze jak oni się nazywają, bo byli zbyt zmęczeni, żeby nawet o tym pomyśleć. Z tego, co mówił chłopak, to ona jest moim "drugim", cokolwiek to znaczy. - Podrapałam się po czubku głowy.
    - To znaczy, że jest po tobie, jeśli chodzi o siłę. - Powiedział Luhan. - Tak jak Zelo jest drugim Tao. Każdy z was ma, można by rzec, "numerek", wskazujący wasze miejsce w hierarchii. - Kochany Lu, zawsze można na nim polegać jeśli chodzi o nowe informacje. - Czyli jeżeli ona jest druga, jej strażnikiem musi być L.
   Chwilę jeszcze rozmawialiśmy, a później każdy poszedł się przygotowywać, bo zaraz mieliśmy mieć zajęcia z Taeminem.
    


***


   Usiedliśmy wszyscy w ogrodzie, w kółeczku, jak za dobrych czasów w przedszkolu.
    - Zaczniemy od tego, że każdy z was ma inny kolor oczu, zauważyliście to, prawda? - powiedział Taemin. Wszyscy popatrzyli sobie nawzajem w oczy, sprawdzając czy na pewno ma rację. - U niektórych proces zmiany koloru trwa dłużej, u innych szybciej. Kolor ten nawiązuje do kamienia szlachetnego, ale w niektórych przypadkach nieszlachetnych. - Taemin dał nam czas na zabawę typu "Jaki jest mój kamień". Serio jak w przedszkolu. - Chciałbym was podzielić na zespoły względem żywiołów, ale mamy tylko po jednej osobie. - Zamyślił się. - W takim razie pokażę wam, jak można bronić się przed każdym z nich. - Wziął mnie za rękę. - Elie, twój ogień może spokojnie odbić wodę i ziemię, bo one są podatne na ciepło, ale będziesz miała problem z powietrzem i energią. - Rozglądnął się po obecnych osobach. - Cassie, możesz zaatakować nas ziemią? - Dziewczyna skinęła głową i przystąpiła do ataku. Na początku leciały na nas kamienie wielkości pięści. - Skup się i postaraj się wszystkie stopić. Pamiętaj, ziemia to piasek, a piasek pod wpływem ciepła zmienia się w szklane włókna szybko opadające na ziemię. Kiedy użytkownik ziemi będzie musiał zmienić położenie i kontynuować atak z daleka, możesz podnieść te ostre jak igły włókna za pomocą telekinezy i wysłać je do przeciwnika. Potknie się na własnym ataku. - Zamieniałam kawałki ziemi do czasu, aż wokół mnie zrobiło się od nich biało. - Jedyne, co ziemia może zrobić względem ognia, to obrona. Nic się nie przebije przez dobrze wykonany manewr obronny. - Taemin podszedł do Cassie. - Postaw przed sobą wielki kawał głazu, twoja poprzedniczka robiła to tupiąc w ziemię, ale musisz znaleźć własny sposób. - Musieli już to ćwiczyć, bo dziewczynie wyszło za pierwszym razem. - Teraz Elie, zaatakuj ją. - Chwila skupienia i z moich dłoni wystrzeliły dwa słupy ognia uderzające z hukiem o głaz przed moją koleżanką. Kiedy rzeczywiście nic się nie działo, przestałam.
   - Dlaczego tak jest? - Zapytała.
   - Dlatego, że ziemia jest dobrym obrońcą, a nie napastnikiem. W każdym żywiole jest taki podział. Ogień i energia są atakującymi, natomiast woda i ziemia to doskonałe tarcze. Dlatego jest tak ważne walczyć w grupie, bo to daje dużą przewagę.
    - A co z powietrzem? - Zapytał Zelo. - Powiedziałeś, że ogień może mieć problem też z powietrzem. Dlaczego?
    - Dlatego, że ogrzane powietrze może działać jak pomieszczenie śmierci. Otocz kogoś gorącym powietrzem, a taka osoba bardzo szybko się odwodni lub ugotuje. - Mówienie o śmierci nie pasowało do słodkiej buźki Tae. - Za to obrony nie macie już tak skutecznej jak woda albo ziemia. - Pokazywał mu kilka "trików", żeby obrona coś zdziałała. - A na koniec został mi najsilniejszy żywioł. Energia. Tao, możesz połączyć energię ze wszystkimi innymi żywiołami, w taki sposób wzmocnisz każdy atak. Najniebezpieczniejszy jest w połączeniu z wodą. Pokażę ci. - Taemin chwycił butelkę z wodą mineralną i zaczął wylewać ją w linii prostej w stronę małego krzaka chwastów, który też na końcu polał. - Potraktuj to prądem. - Czarnowłosy zrobił to, a na naszych oczach biedny krzak stanął w płomieniach. - Teraz rozumiecie? To samo tyczy się łączenia z wodą, powietrzem czy ziemią. Z takim elektrycznym dodatkiem każdy atak jest praktycznie nie do obrony. - Popatrzył na nas. - Pewnie jesteście wyczerpani, do władania żywiołami trzeba się przyzwyczaić. To tak, jak z nauką szpagatu - codziennie po trochę, nie wszystko naraz. - Miał rację, przynajmniej co do mnie, byłam wyczerpana i padałam na twarz. Chwila w pokoju dobrze mi zrobi. Przy okazji zadzwonię do rodziców.
    Opadłam na łóżko wybierając numer mamy, odebrała po drugim sygnale.
   - Cześć kochanie. Co słychać?
   -  Hej, dobrze, wypoczywam powoli. - Teraz akurat na pewno. - A co tam u was? Pamiętam, że zajmowaliście się jakimś projektem przed moim wyjazdem, jak wam poszło?
   - Super! Wiesz, że moja firma potrafi wszystko. A sukienka wyszła wspaniała. Ale dosyć o pracy, błagam. Powiedz lepiej czy ten oszołom cię chociaż karmi.
   - Mamo.. To nie jest oszo... - Jak zwykle weszła mi w słowo.
   - Jest, jest. Pamiętaj, że to ja się z nim wychowywałam. Nikt nie ma tak durnych pomysłów, jak mój kochany młodszy braciszek. Może i cię kocha, ale ile już zamordował złotych rybek karmiąc je czym popadnie? Boże, dziecko, jak on cię czymś otruje to nogi z dupy powyrywam. Przekaż mu to!
   - Przekażę, nie martw się. A tak serio, to wujek teraz jest zajęty pracą i to głównie ja gotuję, a sama się przecież nie otruję. Muszę już kończyć mamo, jestem padnięta.
   - Rozumiem. Kocham cię mała i do zobaczenia!
   - Ja ciebie też mamo. - Nie lubiłam ich okłąmywać, ale niestety czasem musiałam. Nawet jeśli moja mama nie zachowuje się jak dorosła, a raczej jak wieczna nastolatka, to nie zareagowałaby przychylnie na wieść o tym, że wyjechałam z bandą nastolatków nad morze, ukrywając się przed wrednym kurduplem, chcącym jak najszybciej odstrzelić mi łeb. Ja chyba za taki pomysł wysłałabym dziecko do psychiatryka. No ale mam jeszcze najukochańszego wujaszka na świecie. Od kilku lat męczy mnie, że jestem przykładną córeczką niepotrafiącą zaszaleć i na pewno podmienili mnie w szpitalu, bo on nie może być spokrewniony z taką nudziarą. Kiedy miesiąc temu przyjechałam do niego do domu z wieścią, że musi mnie kryć, bo jadę ze znajomymi zwiedzać świat, myślałam że udusi mnie ze szczęścia.
   - Moja chrześnica! W końcu! A już myślałem, że nie ma dla ciebie ratunku! - Po czym zaprosił wszystkich na kolację składającą się z 10 pudełek pizzy. Zapytał tylko, na ile planuję wyjechać i skończył ten temat. To w nim kocham, zawsze ci pomoże, ale nigdy nie zapyta o przyczynę albo powód. Po kolacji zaczęliśmy się zbierać. - Pamiętaj kochana, wszystko jest dla ludzi, ale w granicach rozsądku.
    - Ty mówisz o rozsądku? - Zaśmiałam się.
    - Czasem trzeba. - Pokazał mi język. - Ale moja droga, proszę nie wrócić z brzuchem, bo nawet ja nie poradzę sobie z gniewem twojej matki. - I wcisnął mi do ręki paczkę prezerwatyw, zapowietrzyłam się z przerażenia, co to, to nie. Nie mam zamiaru z tego korzystać. Rozglądnęłam się za kimś, komu mogę to dać, padło na parę gołąbeczków. Tae zaczerwienił się po same uszy, a Lulu nie mógł pochamować śmiechu. Potem zapakowaliśmy się z powrotem do vana Zelo i odjechaliśmy.
    Rodzice łatwo zgodzili się na ten wyjazd, bo nie mieli żadnych argumentów przeciw. Ze szkołą nie będzie problemów, gdyż mogę pozaliczać wszystko przez internet, plusy prywatnego liceum. Oby szybko ta sprawa się rozwiązała, nie wiem co zrobią mi rodzice, jeśli dowiedzą się gdzie jestem i co robię.


***


   Siły szybko mi wróciły i właśnie byłam w trakcie robienia kolacji dla naszych nowych przyjaciół. Góra kanapek, sok i herbata powinny jak na razie wystarczyć. Wszystko ułożyłam na tacy i powoli wspinałam się po schodach, uważając, żeby nic nie wylać ani się nie zabić.
   - Jak spadniesz ze schodów i złamiesz nogę, nikt nie będzie cię nosił, a ja już na pewno. - Kochany Tao, zawsze cię pocieszy, czasem nawet przestraszy. Chcesz dostać zawału serca? Dzwoń do Tao Huanga! - Daj mi ten sok i herbatę, pomogę ci. - Chwilę później zapukaliśmy do ich pokoju. Otworzyła nam uśmiechnięta dziewczyna o dwukolorowych oczach.
    - Wchodźcie. - Otworzyła szerzej drzwi. - Przepraszam, że wcześniej nie zeszliśmy na dół, ale L po uleczeniu mnie był jeszcze bardziej zmęczony niż na początku.
    - Nie szkodzi, odpoczywajcie ile chcecie. Przynieśliśmy wam jedzenie, pomoże wam wrócić do zdrowia. - Wręczyłam dziewczynie talerz z kanapkami a Tao postawił na szafce picie. - Jak się czujecie?
   - Wspaniale! - Pomimo tego że prawie skatowali ją na śmierć, dziewczyna zachowywała się jakby nigdy nic się nie stało. - A właśnie! Jestem Luna Lovelace. - Przedstawiła się.
   - Ja jestem Elie Brauce. - Uśmiechnęłam się.
   - A ja Zitao Huang. Miło mi poznać. - Patrzcie państwo co za dżentelmen. Pfff... Kto jeszcze w tych czasach całuje po dłoni.
   - To może, skoro już czujecie się lepiej, poznacie resztę naszych domowników? - Zapytałam, a na twarzy dziewczyny pojawił się powalający uśmiech. Nie dało się jej nie lubić, miała w sobie coś, co kruszyło serca.
   - Bardzo chętnie. - Odwróciła się. - Idziemy, prawda? - Zwróciła się do chłopaka siedzącego na łóżku i pochłaniającego kanapki. Pokiwał głową nie przerywając jedzenia. - Przepraszam, ale nie mogę zjeść tego, co dla nas zrobiłaś. - Zasmuciła się. - Jestem wegetarianką i nie jem mięsa. - Zaśmiałam się.
    - To żaden kłopot, naprawdę. Zaraz zejdziemy i nasz szef kuchni zrobi ci danie bez mięsa. Ale muszę cię ostrzec, w tym domu mieszka pięciu facetów, a ich głównym składnikiem pożywienia jest właśnie mięso. - Zaczęłyśmy się obie śmiać.
   Wszyscy czworo zeszliśmy na dół, ale nie zastaliśmy tam nikogo, oprócz gotującego późny obiad Taemina.
   - Hej Minnie, mogę cię o coś prosić? - Uśmiechnęłam się słodko.
   - Zawsze. - Opowiedział z uśmiechem. - Słucham?
   - Zawołasz już wszystkich na obiad? - Chciałabym przedstawić im Lunę. - Skinęłam głową w stronę blondynki. - A, i jakbyś mógł zrobić na obiad też coś bez mięsa. - Pościłam mu oczko. Zgodził się i złapał za pusty jeszcze garnek i drewnianą łyżkę. Zawsze przychodziłam wcześniej, żeby zobaczyć "porę karmienia". Kiedy byłam mała, uwielbiałam oglądać filmy dokumentalne o dziki zwierzętach, i dam sobie uciąć rękę, ale w naszym domu karmienie wygląda tak samo. Kiedy tylko Tae uderzył łyżką w garnek, krzycząc na cały dom "obiad", sufit zaczął się trząść, a z piętra dochodziły odgłosy przepychania pomieszane z okrzykami zwycięstwa, jak ktoś wysunął się na prowadzenie, albo zawodu, kiedy ktoś biegł na końcu. Schody były zawsze najbardziej niebezpieczne w tym całym wyścigu, bo raz na jakiś czas ktoś się potknie i spadnie. Tak było i tym razem. Biedny U-Kwon został brutalnie podcięty w kostkach przez Korę, a że był na końcu, to lecąc ze schodów wpadł na resztę bandy i tak wszyscy skończyli przygnieceni przez niego. Na samym dole leżał i jęczał Zelo, potem był Luhan, na nim Cassie a na samej górze sprawca wypadku, U-Kwon. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, więc, idąc na kompromis, popłakałam się ze śmiechu. I z okrzykiem triumfu po całej tej leżącej zgrai nieudaczników, przebiegła Kora.
   - Frajerzy! - Pokazała im język i odwróciła się w stronę jadalni. - Ej! Gdzie jest żarcie?! - Tekst godny głodnego wikinga. Moja histeria śmiechu dalej nie przechodziła.
    - Nie ma. - Odpowiedział ze spokojem Taemin. - Będzie za jakieś pół godziny. Elie ma do was sprawę. - I tak zyskałam ich uwagę.
    - Chciałam wam kogoś przedstawić. - Wskazałam na dwójkę za moimi plecami. - To Luna i L. Będą teraz z nami mieszkać. - Do L podszedł Luhan i przywitał się. No tak, oni przecież się znają. Dziewczyny od razu znalazły z Luną wspólny język. Cieszę się, że nasze grono coraz bardziej się powiększa. Mam nadzieję, że już niedługo powiększy się jeszcze bardziej.

***

   Obiad minął bardzo luźno i teraz każdy poszedł zająć się sobą. Mnie jednak wciąż nurtowało pytanie, jakie padło od Luny do Tao. Sama byłam ciekawa. Skierowałam się do sypialni chłopaka, zapukałam kilka razy, ale nikt mi nie odpowiedział. A przecież mówił, że idzie do siebie. Nacisnęłam klamkę i otworzyłam drzwi. Wsunęłam głowę do pokoju i rozejrzałam się. Zobaczyłam chłopaka tańczącego przed lustrem w słuchawkach na uszach. Nic dziwnego, że nie reagował na pukanie. Muzyka była na tyle głośna, że nawet ja ją słyszałam. Muszę przyznać, że dobrze się ruszał, jako była absolwentka podstawówki o profilu baletowym, potrafię określić czy ktoś czuje rytm, czy nie. Z tej szkoły pozostało mi tylko to, plus bolące stopy, kiedy przypominam sobie tamte lata. Przekroczyłam próg pokoju i obserwowałam nadal poruszającego się chłopaka, czekając aż mnie zauważy. Niestety, jeśli ktoś tańczy z zamkniętymi oczyma, to raczej szybko cię nie zauważy. Podeszłam do niego i chciałam klepnąć go w ramię, kiedy on wykonał nagle szybki obrót i kopnął mnie w nogę, a ja wylądowałam na tyłku przeklinając własną głupotę.
   - Jezu! Przepraszam, naprawdę! - Usiadł koło mnie na ziemi i potrząsał mną za ramiona.
   - Przestań. - Ściągnęłam z siebie jego dłonie. - Żyję, nic mi nie jest. To moja wina że tu wlazłam i jeszcze ci przeszkadzam.
   - Ale nie zemdlejesz mi tu zaraz, prawda? - Zapytał z nadzieją w głosie.
   - Marzę o tym, żeby stracić przytomność w twoim pokoju, wiesz? - Przypuszczam, że dało się wyczuć sarkazm w moim głosie. - Skoro już zwróciłam twoją uwagę, przyszłam pogadać. Od pewnego czasu strasznie ciekawi mnie pewna kwestia.
   - A mianowicie... - Ponaglił mnie.
   - Dlaczego dokładnie odszedłeś od Taeila i pomagasz nam? - Długo mi nie odpowiadał, widocznie musiał się zastanowić czy chce żebym wiedziała, czy nie. Nie poganiałam go, wiedziałam, że sam musi podjąć tę decyzję.
   - Zadecydowałem o tym po przekazaniu mi mocy od Erlosa, który nie wiem czym się kierował wybierając mnie. Może tym, że już za dzieciaka życie mi dokopało i myślał, że dziecko, które wychowało się praktycznie na ulicy, nie będzie miało skrupułów zabijać dla kaprysu. Ale na pewno nie było tak w moim przypadku. Jak miałem sześć lat, razem z rodzicami mieliśmy wypadek samochodowy, oni zginęli na miejscu, tylko ja przeżyłem. Po moim wyjściu ze szpitala, sąd postanowił, że zamieszkam z dziadkami. Niestety dla nich liczyła się tylko wódka i kasa na nią. Wydawali na to wszystkie pieniądze, jakie dostawali od państwa na moje utrzymanie, rzadko kiedy widziałem ich trzeźwych. A już jak się zdarzało, to obwiniali mnie za śmierć ich córki, bo czemu ja żyję, a ona nie? Tak więc do domu przychodziłem tylko spać. Szybko się uczyłem i w końcu zacząłem sam na siebie zarabiać, odkładałem wszystko, co udało mi się zdobyć i tak w końcu wyprowadziłem się od nich. W miarę jak dorastałem, koledzy i koleżanki zaczęli mówić mi, że mam dobre ciało i mogę na nim pozarabiać. - Moje oczy powiększyły się ze zdziwienia. - Nie głupia, nie tak. Dostałem pracę jako model lokalnej marki dżinsów. Na zdjęciach nie było widać mojej twarzy. Tak praca mi całkowicie odpowiadała. Była dobrze płatna, a nie byłem narażony, że dziadkowie mnie zobaczą, choć i tak co jakiś czas zjawiałem się u nich zostawiając pieniądze. Wiedziałem na co je wydadzą, ale jednak to moja jedyna rodzina. Później zostałem wybrany przez Taeila, powiedział mi kilka rzeczy, po których postanowiłem, że w życiu nie będę taki jak on. - Wyrzucił to z siebie na jednym wydechu. - Słyszałem, że jeśli będziemy wszyscy razem, to na pewno uda nam się was w końcu wybić, że z naszego gatunku już nikt nie został, wszyscy zginęli, a nasze moce to wszystko co po nich zostało. Erlos powiedział, że chce żebym kontynuował to, co on zaczął, bo jak w końcu się od was uwolnią, to ich życiowa misja się skończy. - Ukrył głowę w dłoniach i głośno westchnął. - Pokazał mi jak zabijał. Nieważne czy to dziecko, czy kobieta, nie miał żadnych skrupułów, to było straszne. Jeśli on wybrałby Taeila, już dawno byś nie żyła. - Podniósł głowę i popatrzył mi w oczy. - Nie chcę żebyś umarła. - Po czym przysunął się do mnie i złączył nasze usta w pocałunku. Na początku nie wiedziałam co się dzieje, kiedy dotarło do mnie, co właśnie robimy, nie odważyłam się ruszyć nawet o milimetr. To nie był namiętny pocałunek, tylko ledwie zetknięcie się ust. Odsunął się tak nagle, jak zbliżył. - Dzięki, że mnie wysłuchałaś. Teraz zrobiło mi się lżej. - Lekki uśmiech pojawił się u niego na twarzy.
   - Nie musisz dziękować. To ja się cieszę, że mi zaufałeś. - Podniosłam się i przeciągnęłam. - Ale jestem zmęczona. Idę spać, coś czuję że jutrzejszy dzień da nam ostro w kość.
   - Dobranoc. - Usłyszałam, wychodząc z pokoju.
   Nie mogłam zasnąć przez jakiś czas, ciągle myślałam o Tao. To niesamowite, że ktoś może być tak dobry, mimo że tyle złego spotkało go w życiu. No Elie, trzeba przyznać się przed samą sobą, że z dnia na dzień ten chłopak staje się dla ciebie kimś więcej. Dotknęłam palcami ust. To nie był pocałunek, raczej całus albo buziak, ale jednak. Jeszcze nie byliśmy tak blisko siebie. I muszę stwierdzić, że podobało mi się to.


____________________________________
Jest! W końcu!
Przepraszam, że tyle to trwało, ale w wakacje trudno coś planować.
Chciałabym podziękować Lunie za przypominanie o tym rozdziale, bo inaczej nie skończyłabym go do końca wakacji.
Mam nadzieję, że ten rozdział dużo wyjaśnia, bo od następnych rozdziałów chciałabym przejść do akcji głównej. Początkowo miało być to krótkie opowiadanie (max. 10 rozdziałów), ale po rozpisaniu całego pomysłu powinno wyjść coś około 25 ;P


Dedykuję to Martynie, która też truła mi głowę o nowy rozdział ;)
Mojej najukochańszej i niezastąpionej ( zUej ) przyjaciółce JMLM :D Za wszelkie rady, spostrzeżenia i groźby - wiedz, że jesteś dla mnie wzorem! <3
I na koniec dedykuję to też wszystkim, którzy trafili tu z polecenia przez Lunę! (Ujawnijcie się w komentarzach, żebym wiedziała dokładnie komu dedykować xD). Oraz wszystkim, którzy czytają to opowiadanie! Dziękuję, że jesteście <3


Na dziś to koniec, kolejny rozdział wstawię… nie mam pojęcia kiedy xD ale jak będzie rok szkolny, to powinny pojawiać się co piątek ;)
A teraz lecę, bo mój pies właśnie skacze po blacie w kuchni goniąc muchę 0_o


Pozdrawiam, wasza Elie ! <3


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wypada coś napisać, prawda? Nie bardzo wiem co. To trochę moja wina, że tyle to trwało (czyli w sumie dwa dni), bo w trakcie mojego sprawdzania mniej więcej dziesięć razy padał mi internet. Na co najmniej pół godziny za każdym razem... Jak można zauważyć, pojawiła się dziewczyna o pięknym (bo moim) imieniu, Luna. Nie był to mój pomysł, w zasadzie Elie też nie... (choć to ona wyskoczyła z jabłonią xd), zaczęło się od żartu, wyszło całkiem serio. Piąty rozdział, z tego co wiem, już się pisze. Miłego! ; )
Luna


1 komentarz:

  1. Jej <3 tyle szczęścia bo nowy rozdział ^^
    Zdążyłam się porządnie stęsknić za bandą mieszkającą w domku nad morzem :)
    Rozdział rzeczywiście sporo wyjaśnia. Jest taką przerwą, chwilą spokoju, przystanią pomiędzy nurtem ciągłych zawirowań akcji (wtf ten poetycki język 0.o). Nie mniej jednak był potrzebny. Motywy, którymi kieruje się Tao nareszcie okazały się zrozumiałe, a ten buziak dopełnił całego dramatyzmu. Odrobinę nie podobał mi się rozwój wydarzeń po nim, ale to tak na marginesie.
    Moje odczucia odnośnie nowej postaci? Hmm... jak ma razie neutralne. Jeszcze nie zajrzałam w zakładkę bohaterowie, ale mam przeczucie, że wiem, jak wygląda L ;)
    Co mnie rozbawiło?
    "Cieszę się, że nasze grono coraz bardziej się powiększa. Mam nadzieję, że już niedługo powiększy się jeszcze bardziej."
    W moim odczuciu zabrzmiało to trochę jakby któraś w ciąży była, czy coś ;)
    No dobrze, tyle na dzisiaj.
    Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ^^

    OdpowiedzUsuń