Witajcie wszyscy!
Bardzo was przepraszam że nie było mnie tak długo, ale niestety CZAS był moim najwiekszym przeciwnikiem.
Większość pewnie czeka na nowy rozdział.. co mogę o nim powiedzieć? Tworzy się. To najtrudniejszy rodział jaki powstanie w tym opowiadaniu. I muszę przyznać że straciłam serce do niego :c Jeśli nie dam rady dokończyć tego rozdziału chyba zawieszę to opowiadanie albo skończe je całkiem inaczej niż planowałam.
Mam prawie skończone kolejne, to o którym pisałam wcześniej, ale napewno wstawię je po dokończeniu Malwasul.
Mam pytanie czy ktoś z osób czytających tego bloga planuję być na koncercie Block B 6 marca? Wybieram się na niego wraz z moją kochaną betą, siostrą i przyjaciółką :D Jeśli ktoś będzie chciał nas poznać to będzie miło ^^
Pozdrawiam wszystkich!
Elie!
wtorek, 3 lutego 2015
niedziela, 7 grudnia 2014
Recenzja - Durarara
Długo się za to zabierałam... I oto w końcu JEST!
Ten post zawiera bardzo dużo spoilerów, więc jeśli masz zamiar oglądać to anime to NIE CZYTAJ ! :D

"Ryuugamine Mikado tęskni za ekscytującym życiem w wielkim mieście. Na zaproszenie swojego przyjaciela z dzieciństwa Masaomi przenosi się do szkoły w Ikebukuro. Masaomi oprowadza go po dzielnicy i ostrzega przed tajemniczym gangiem - Dolarami. Już pierwszego dnia w mieście Mikado jest świadkiem pojawienia się kolejnej miejskiej legendy - bezgłowego jeźdźca na czarnym motocyklu. "
Ten post zawiera bardzo dużo spoilerów, więc jeśli masz zamiar oglądać to anime to NIE CZYTAJ ! :D
"Ryuugamine Mikado tęskni za ekscytującym życiem w wielkim mieście. Na zaproszenie swojego przyjaciela z dzieciństwa Masaomi przenosi się do szkoły w Ikebukuro. Masaomi oprowadza go po dzielnicy i ostrzega przed tajemniczym gangiem - Dolarami. Już pierwszego dnia w mieście Mikado jest świadkiem pojawienia się kolejnej miejskiej legendy - bezgłowego jeźdźca na czarnym motocyklu. "
Liczaba odcinków: 24
Nie wiem jak to dobrze niapisać... W takim razie zacznę od postaci :p
Mikado

Zwykły chłopak z małego miasteczka, który przeprowadza się do Tokyo, bo dostał się tam do szkoły. Z pozoru cichy i pilny uczeń nie sprawiający problemów. Podobało mi się w nim od początku to, że autor mangi nie zrobił z niego idealnego pod każdym wzgledem idola. Czarne włosy, niemodnie obcięte, przeciętna twarz i szare oczy, a nieidealny playboy na którego lecą wszystkie panny. Uwielbiam w nim siłę i determinację, w końcu trzeba mieć "jaja" żeby prowadzić (i do tego wymyślić) Dollary. Dla przyjaciół zrobiłby wszystko, chociaż przypadkowym osobom też nie odmówiłby pomocy.
Kida
Masaomi.. co tu dużo pisać, wulkan energii, rozsiewający wokół siebie pozytywne wibracje. Ideał przyjaciela, ponabija się z ciebie ale zawsze pomoże i można na niego liczyć (hmmmm... stwierdzam że też mam takiego, a raczej taką przyjaciółkę <3). Tu już autor nie pożałował ołówka i stworzył zakolczykowane blond cudo. Można zauważyć, że wie wszystko co dzieje się w Ikebukuro. Chłopak jednak mimo tego że jest lekko nadpobudliwy i zawsze uśmiechnięty, skrywa w sobie dużo sekretów. Z odcinka na odcinek obserwujemy, jak przy niektórych ludziach, sytuacjach na jego twarz wstępuje smutek czy nawet złość. Ma silną osobowaść jednak w niektórych momentach sobie nie radzi.
Anri
Jakoś nigdy za nią nie przepadałam. Nie jest złą postacią, nie trzeba jej ratować jak większości głównych bohaterek (teraz tak, czy w tym anime jest wgl. "główny" bohater ?!). Cicha i bojąca się wszystkiego dziewczyna z nienaturalnym biustem. Jednak ma "pod sobą" całą armię sługusów gtowych zabić wszystkich na jedno skinnenie jej palców. Moim zdaniem partnerka idealna dla Mikado.
Celty

Uwielbiam ją! Ktoś z takim zamiłowaniem do wszystkich. Z poczatku byłam przekonana, że jest to czarny charakter, zła do szpiku i tym podobne rzeczy, ale jednak nie. Wszystkim pomaga, jest dobra, jednak jak trzeba to potrafi skopać porządnie dupe. Pracuje jako dostawca i przez cały czas szuka swojej głowy.
Shinra

Szalony doktorek z podziemia. Ktoś, kto ma taką pracę, powinien być zgryźliwy, wyglądać jakby przesiedział dwadzieścia lat w więzieniu i mieć mocny i bezwzględny chrakter (przynajmniej takie zawsze było moje wyobrażenie ;_;), a tu proszę! Dwudziestoczterolatek z nieogarniętymi włosami i szaleńczym uwielbieniem do dziewczyny bez głowy. To się nazywa miłość ;)
Van pełen Dziwaków

Chyba najbardziej dziwna paczka znajomych jaką w życiu widziałam :D Są aż tak pozywywni, że chce się wsiąść do tego ich vana i podbić świat!
Kadota - jest spoookojny, opanowany, potrafiący zapanować nad resztą "dziczy", przy czym ocieka seksem :3
Togusa - daję słowo że jeździ jak ja! :D niestety moje opanowanie za kierownicą jeszcze nie jest aż tak dobre (no i nie posiadam jeszcze prawka :p), na początku byłam przekonana że jest gejem, naprawdę!
Erika - jej zachowanie jest bardzo podobne do mojej wspaniałej bety xD zrób coś, co nie jest w jej planie - zagryzie. (Oj tam, oj tam, nie przesadzaj xd Najpierw warczę, potem gryzę.)
Walker - chyba jedyna osoba potrafiąca opanować Erikę, jednocześnie nakręcając ją bardziej.
Simon

Czarnoskóry rosjanin mieszkający w Tokyo. Nie ukrywam że jest jedną z fajniejszych postaci. Zawsze uśmiechnięty i zapraszający do "Rosyjskiego Sushi", aż robię się głodna kiedy tak zaprasza. Mówią, że to Shizuo jest najsilniejszy w całym mieście, ale sądzę że Simon byłby na równi z blondaskiem. Tylko jest na to za dobry. ;)
Zakochana parka

Ehhh, o zgrozo! Trafił wariat na wariata... Najgorsze postacie w histori... Dzieciak zakochany w głowie i laska - prześladowca. Grrr Boże, ja wiem, że to tylko anime i wymyślone postaci i nie oszukujmy się, na świecie jest dużo psycholi... ale żeby aż tak? Jakby jakiś chłopak rozwalił mi głowr o ścianę, na pewno nie latałabym dalej za nim jak głupia.
Namie

Nie wiem czemu, ale za każdym razem jak ją widzę uśmiecham się. Może dlatego, że panna kocha swojego młodszego brata (wtf ?!), no ale o gustach się nie dyskutuje, tak? :p
Shizuo

Ohy i ahy. Serce mi stanęło, zawał na miejscu i krew z nosa. Wcześniej mówiłam, że nie lubię blond włosów u facetów (uraz z przeszłości -.-) ale u Shizuo pasują one idealnie (zresztą naturalnie takich nie ma). Wysoki człowiek w stroju barmana, nienawidzący przemocy, jednak biedak nie radzi sobie z gniewem i emocjami. Najbardziej dogaduje się z Celty, w niej widzi bratnią duszę.
Izaya

Tak więc... Może mało obiektywnie teraz ale, jeśli miałabym podać kogoś, kogo kocham najbardziej na świecie, tą osobą byłyby właśnie Orihara Izaya. Czemu? Hmm.. Dlatego, że tak podstępnej osoby ze świecą szukać? Każdy odcinek w którym się pojawiał stawał się piękny. Jego chora obsesja na punkcie ludzi i ich reakcji/zachowań strasznie przypomina mi mnie (sama bardzo lubię obserwować ludzi i wymyślać sobie do nich historię), z jednej strony pomaga, a z drugiej mąci jeszcze bardziej. Z nim nigdy nie wiadomo, co akurat zrobi.
Podsumowując - jedna wielka patologia! xD ale to jest właśnie w tym najlepsze, w końcu coś, co oddaje troszkę realnego świata połączonego z fantasy. Nie ma zakłamania, że wczystko w Japonii świeci się niczym złoto i jest tam wspaniale i piękne, nie! Polecam, naprawdę!
To anime jest moim najukochaszym i najwspanialszym <3 A teraz, kiedy wielkimi krokami zbliża się drugi sezon, do szczęścia nic mi nie trzeba. *.*
Ehhem, oceny tu nie będzie bo jestem mało obiektywna, kiedy chodzi o Drrr!! ;)
Shinra

Szalony doktorek z podziemia. Ktoś, kto ma taką pracę, powinien być zgryźliwy, wyglądać jakby przesiedział dwadzieścia lat w więzieniu i mieć mocny i bezwzględny chrakter (przynajmniej takie zawsze było moje wyobrażenie ;_;), a tu proszę! Dwudziestoczterolatek z nieogarniętymi włosami i szaleńczym uwielbieniem do dziewczyny bez głowy. To się nazywa miłość ;)
Van pełen Dziwaków

Chyba najbardziej dziwna paczka znajomych jaką w życiu widziałam :D Są aż tak pozywywni, że chce się wsiąść do tego ich vana i podbić świat!
Kadota - jest spoookojny, opanowany, potrafiący zapanować nad resztą "dziczy", przy czym ocieka seksem :3
Togusa - daję słowo że jeździ jak ja! :D niestety moje opanowanie za kierownicą jeszcze nie jest aż tak dobre (no i nie posiadam jeszcze prawka :p), na początku byłam przekonana że jest gejem, naprawdę!
Erika - jej zachowanie jest bardzo podobne do mojej wspaniałej bety xD zrób coś, co nie jest w jej planie - zagryzie. (Oj tam, oj tam, nie przesadzaj xd Najpierw warczę, potem gryzę.)
Walker - chyba jedyna osoba potrafiąca opanować Erikę, jednocześnie nakręcając ją bardziej.
Simon
Czarnoskóry rosjanin mieszkający w Tokyo. Nie ukrywam że jest jedną z fajniejszych postaci. Zawsze uśmiechnięty i zapraszający do "Rosyjskiego Sushi", aż robię się głodna kiedy tak zaprasza. Mówią, że to Shizuo jest najsilniejszy w całym mieście, ale sądzę że Simon byłby na równi z blondaskiem. Tylko jest na to za dobry. ;)
Zakochana parka
Ehhh, o zgrozo! Trafił wariat na wariata... Najgorsze postacie w histori... Dzieciak zakochany w głowie i laska - prześladowca. Grrr Boże, ja wiem, że to tylko anime i wymyślone postaci i nie oszukujmy się, na świecie jest dużo psycholi... ale żeby aż tak? Jakby jakiś chłopak rozwalił mi głowr o ścianę, na pewno nie latałabym dalej za nim jak głupia.
Namie
Nie wiem czemu, ale za każdym razem jak ją widzę uśmiecham się. Może dlatego, że panna kocha swojego młodszego brata (wtf ?!), no ale o gustach się nie dyskutuje, tak? :p
Shizuo
Ohy i ahy. Serce mi stanęło, zawał na miejscu i krew z nosa. Wcześniej mówiłam, że nie lubię blond włosów u facetów (uraz z przeszłości -.-) ale u Shizuo pasują one idealnie (zresztą naturalnie takich nie ma). Wysoki człowiek w stroju barmana, nienawidzący przemocy, jednak biedak nie radzi sobie z gniewem i emocjami. Najbardziej dogaduje się z Celty, w niej widzi bratnią duszę.
Izaya
Tak więc... Może mało obiektywnie teraz ale, jeśli miałabym podać kogoś, kogo kocham najbardziej na świecie, tą osobą byłyby właśnie Orihara Izaya. Czemu? Hmm.. Dlatego, że tak podstępnej osoby ze świecą szukać? Każdy odcinek w którym się pojawiał stawał się piękny. Jego chora obsesja na punkcie ludzi i ich reakcji/zachowań strasznie przypomina mi mnie (sama bardzo lubię obserwować ludzi i wymyślać sobie do nich historię), z jednej strony pomaga, a z drugiej mąci jeszcze bardziej. Z nim nigdy nie wiadomo, co akurat zrobi.
Podsumowując - jedna wielka patologia! xD ale to jest właśnie w tym najlepsze, w końcu coś, co oddaje troszkę realnego świata połączonego z fantasy. Nie ma zakłamania, że wczystko w Japonii świeci się niczym złoto i jest tam wspaniale i piękne, nie! Polecam, naprawdę!
To anime jest moim najukochaszym i najwspanialszym <3 A teraz, kiedy wielkimi krokami zbliża się drugi sezon, do szczęścia nic mi nie trzeba. *.*
Ehhem, oceny tu nie będzie bo jestem mało obiektywna, kiedy chodzi o Drrr!! ;)
piątek, 7 listopada 2014
Wszystko i nic
Helo ;)
Niektórzy wiedzą że w moim życiu teraz duuużo się pozmieniało, mniej czasu, nowe dziecko, szkoła i kurs na prawko. Bardzo trudno to ze sobą pogodzić. Ten miesiąc będzie obfity w wyjazdy, szkolenia i zawody, ale nie martwcie się! Nie zawieszam bloga nawet mi to przez myśl nie przeszło :3
Nowy rozdział jak wszystko pójdzie dobrze to będzie w następnym tygodniu.
A teraz mam pytanie do Was. Co Wy na to żeby na tym blogu ukazywały się co jakiś czas przepisy? Uwielbiam gotować, robić coś z niczego :3
I kolejna sprawa: jestem "dystrybutorem" w malutkim sklepie z bransoletkami i innymi pierdołami,
Na bransoletkach może być dosłownie wszystko, kolory są dowolne (mamy ich na stanie bardzo dużo) te tu są przykładowe ;)
Robione są u nas jeszcze łapacze snów. Starannie i dokładnie (ja mam identyczny jak z Heirs).
Jeśli ktoś jest zainteresowny taką ozdobą albo chce dowiedzieć się czegoś więcej(lub/i zobaczyć zdjęcia wykonanych przez u nas rzeczy lub materiałów z jakich to robimy) pisać na mój e-mail
eliebrauce@gmail.com
To chyba na tyle ;)
Pozdrawiam :D
sobota, 11 października 2014
Rozdział 8
- Wieczorem zaatakujemy Taeila. - Usłyszałam jak Tao gwałtownie wciągnął powietrze. - Musimy to zrobić teraz, kiedy jesteśmy silniejsi. Gisa mówiła, że Taeil planuje zabijać nas po kolei. Kiedy osaczy jedną osobę, nieważnie jak silną, przewaga liczebna może zdecydować o wyniku starcia.
- Elie, wiem co o tym myślisz ale proszę, zastanów się dobrze, może i jest od nas słabszy ale nie chcę narazić nikogo na niebezpieczeństwo, a tym bardziej na śmierć. - Czarnowłosy chłopak popatrzył mi w oczy.
W drodze powrotnej usiadł ze mną i całą podróż nasze kolana się dotykały. Po wczorajszym pocałunku w mojej głowie działy się dziwne rzeczy. Z jednej strony rumieniłam się i stresowałam, a z drugiej cieszyłam się jak głupia.
- Porozmawiajmy o tym jak już wrócimy.
Obudziłam się i zobaczyłam, że auto zaparkowane jest pod domem. Poczułam na swoich plecach rękę, delikatnie je gładziła. Spojrzałam w górę i moje oczy spotkały się z czarnymi tęczówkami. Momentalnie na moje policzki wypłynął rumieniec.
- Kto by pomyślał, że osoba, która nie raz wyzywała mnie słowami, od których robi się człowiekowi słabo, tak słodko potrafi się zarumienić. - Po tym stwierdzeniu twarz dosłownie zaczęła mnie piec z gorąca. Nie wiedziałam dlaczego tak reaguję. Słyszałam jak chłopak koło mnie się śmieje i naprawdę miałam ochotę mu przyłożyć, ale zanim udało mi się zebrać w sobie i uderzyć go w ramię, poczułam na szyi jego usta. Zesztywniałam i nie wiedziałam co robić. Krzyczeć, zostać i poddać się pieszczocie czy uciekać. Jak by nie patrzeć, jestem pierwszy raz w takiej sytuacji. Kiedy ja biłam się z własnymi myślami, czarnowłosy poczynał sobie coraz śmielej, w końcu zbliżył swoją twarz do mojej i popatrzył mi głęboko w oczy. - Nie chcę żebyśmy udawali, że to co się wydarzyło nie miało miejsca, a nawet wręcz przeciwnie. - Złapał mnie za rękę i przyłożył ją sobie do piersi. - Czujesz? - Zapytał. - Bije tak mocno kiedy tylko jesteś w pobliżu. Nie powiem ci, że to co do ciebie czuję to miłość, bo na to jest za wcześnie. - Tu ma rację, po zaledwie dwóch miesiącach znajomości nie można stwierdzić, że darzy się kogoś takim uczuciem jak miłość. - Ale nie wiem ile możemy mieć czasu. Kiedy nadejdzie walka i czy wyjdziemy z niej cało, tego też nie wiem. Wiem tylko tyle, że zależy mi na tobie. - W życiu nie spodziewałam się takiego wyznania od nikogo. Z jednej strony byłam przerażona, a z drugiej szczęśliwa.
Nie wiedziałam jak mam odpowiedzieć, więc zrobiłam coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewała. A mianowicie nachyliłam się i pocałowałam go w usta. Nie był to pocałunek należący do namiętnych, a bardziej do obiecujących. Chciałam, żeby ukazał wszystkie moje emocje.
- Ciesze się, że się rozumiemy. - Złapał mnie za rękę. - Chodźmy już do środka.
Nie puścił mnie nawet po tym, jak przekroczyliśmy próg domu. Przyznanie się przed sobą i nim było trudne, a okazywanie wszystkim, że coś nas łączy, było przerażające. Chłopak chyba to zauważył.
- Co się dzieje? Wstydzisz się?
- Nie! - Odparłam szybko. - Tylko nie chcę aż tak tego manifestować. - Popatrzyłam na swoje buty. Tao cicho się zaśmiał i pocałował mnie w czoło. Weszliśmy do salonu i zastaliśmy bardzo niecodzienną sytuację. Prawie wszyscy siedzieli na kanapie i patrzyli szeroko otwartymi oczami na scenę rozgrywaną przed nimi. Na środku pokoju stał Taemin z zaciśniętymi pięściami, patrzący spod byka na swojego chłopaka, który stał przed nim.
- No? - Warknął Luhan. - Dowiem się w końcu co ci się stało, czy nie?! - Teraz już krzyknął. - Nie ma mnie dwa dni, a ty puszczasz się jak pierwsza lepsza dziwka! - Blondyn wybuchnął.
- Nie mów tak do mnie! - Tae zaczął się bronić. - Nie dajesz mi tego, czego potrzebuję, więc się nie dziw! Mam tego dość! Ograniczasz mnie! - W jego oczach pojawiły się łzy. - Traktujesz mnie jak dziecko!
- Bo jesteś dzieckiem! Boże, popatrz na siebie! Zachowujesz się jak gówniarz. Masz mnie, osobę która zawsze była koło ciebie i się tobą opiekowała, a na boku szukasz sobie wrażeń. - Na twarzy mojego strażnika pokazał się wredny uśmieszek. - Powiedz mi chociaż czy to facet, czy dziewczyna zostawiła ci na szyi takie znaczki, co? - Młodszy długo nie odpowiadał. Kiedy jednak się odezwał, mówił pewnie.
- Facet. - Tyle wystarczyło Luhanowi, podszedł do chłopaka i uderzył go.
- Jesteś tylko zwykłą kurwą! Puszczającą się dziwką! Nie masz za grosz szacunku ani do siebie ani do mnie. - Wykrzyczał mu to prosto w twarz. - To definitywny koniec między nami. - Po tych słowach odwrócił się i usiadł koło reszty na kanapie. - Co oglądamy? - Zapytał ludzi zebranych w salonie, ale odpowiedziała mu grobowa cisza, jak widać, nieźle musiał nimi wstrząsnąć. Przez cały czas moje oczy były szeroko otwarte, nie spodziewałam się, że Lulu może zachowywać się w taki sposób.
***
Kiedy po kłótni chłopaków nastał jako taki spokój, postanowiłam, że czas podzielić się planem z resztą. Zebrałam wszystkich w pokoju, nie obeszło się oczywiście bez złośliwych komentarzy Luhana skierowanych do Taemina. Dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś z taką uroczą buźką może być taki wredny.
- Stwierdziłam, że nie ma co czekać na ruch Taeila i dlatego zaatakujemy go pierwsi. Dziś wieczorem. - Wszyscy zrobili wielkie oczy i patrzyli się na mnie. - Dzięki Gisie wiemy gdzie oni są i jesteśmy nawet w miarę przygotowani. Jeśli będziemy zwlekać, oni urosną w siłę i nasze szanse znacznie zmaleją.
- To nie jest dobry pomysł. - Odezwał się Tao. - Zgadzam się ze wszystkim co powiedziałaś, ale to za duże ryzyko. - Rozglądnął się po zebranych. - Ktoś z nas może zostać poważnie zraniony, albo, co gorzej, nawet stracić życie. - Znowu popatrzył na mnie. - Chcesz postawić na szali nasze życia. - Zagryzłam zęby. Wiedziałam jakie mogą być konsekwencje, ale perspektywa, że będą nas zarzynać po kolei, nie była za ciekawa.
- Albo jesteś ze mną, albo nie. - Warknęłam. - To samo tyczy się was wszystkich. Zdecydujcie czy idziecie ze mną, czy zostajecie. - Wstałam. - Wyruszamy za pięć godzin. - Skierowałam się w stronę swojego pokoju. Kiedy już się w nim znalazłam, usiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać czy postąpiłam dobrze. Zależy mi na nich wszystkich i nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda. Są dla mnie jak rodzina i jeśli ktoś będzie chciał ich tam zabić, oddam za nich własne życie.
Obudziłam się chwilę przed czasem, kiedy mieliśmy wychodzić. Chciałam się przespać i być wypoczęta, bo wtedy moje moce są najsilniejsze. Przebrałam się w ubrania, które nie będą krępować ruchów, kto wie co może się tam wydarzyć. Zeszłam na dół i zobaczyłam, że wszyscy, bez wyjątku, już tam na mnie czekają. Uśmiechnęłam się szeroko, cieszę się że wszyscy zaakceptowali mój plan, teraz na pewno damy radę.
Gisa opisała nam dokładnie, a nawet rozrysowała, jak wygląda środek ich kryjówki, żebyśmy wiedzieli jak się po niej poruszać. Niebieskooka i Tao są jedynymi osobami, które dysponują najważniejszym z żywiołów - energią, dlatego kiedy podzieliliśmy się na dwa zespoły, oni również zostali rozdzieleni. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżaliśmy się do ich kryjówki, a ja zaczynałam się bać. Miałam przeczucie, że coś złego może się stać. Zatrzymaliśmy się kawałek przed miasteczkiem sąsiadującym z tym, w którym my mieszkamy. Szliśmy w ciszy za Gisą, której dłonie lekko się trzęsły, z tego co wiem, jej wspomnienia stąd nie były najlepsze i zrobiło mi się głupio, że wciągnęłam ją w to. Kiedy chciałam podejść do niej i pocieszyć, wyprzedził mnie Zelo. Zrównał z nią krok i cicho powiedział jej coś na ucho, po czym dziewczyna przestała się trząść.
- To tu.
Zobaczyliśmy przed sobą metalowe drzwi od bunkru. No tak, gdzie nikt was nigdy nie znajdzie? W opuszczonych wojskowych bunkrach. Wzięłam głęboki oddech i weszliśmy. Rozdzieliliśmy się na dwie, wcześniej omówione, grupy praktycznie od razu po wejściu. Tao, V, Zelo i Luna wraz ze swoimi strażnikami udali się w prawo, czyli tam, gdzie, jak przypuszcaliśmy, przebywali ludzie Taeila. Natomiast my (czyli Gisa, Mark, Cassie, Triss, ja, oraz nasi strażnicy) ruszyliśmy prosto do niego. Nie martwiłam się o pozostałych, bo wiedziałam, że Luna i L byli przetrzymywani w tym miejscu przez jakiś czas, w pewnym stopniu znali te mury, więc mogli ich poprowadzić. W środku panował półmrok i cisza, byłam zaniepokojona, że nasi wrogowie skądś się dowiedzieli i teraz czekali na nas przygotowani, ale JJ pocieszył mnie, że tu zawsze tak jest. Ludzie Taeila boją się go i siedzą w swoich kwaterach, nie chcąc wchodzić mu w drogę. Szliśmy szerokimi korytarzami do miejsca, gdzie podobno ten zły kurdupel zrobił sobie swoje biuro dowodzenia. Stojąc przed TYMI drzwiami przywołałam swój ogień, z nim zawsze czułam się bardziej pewnie. Pchnęłam je i pierwsze, co poczułam, to obezwładniający ból. Spojrzałam na rękę i zobaczyłam dziurę w bluzce i krew, a po tym do moich uszu doszedł śmiech.
- Czekałem na ciebie. - Z bólu zakręciło mi się głowie i oparłam się o ścianę. - Szkoda, że nie trafiłem! To miał być śmiertelny strzał. - Mówił dziwnie spokojnie. Dopiero teraz dotarły do mnie jego słowa. Jak to “Czekałem na ciebie.”? Skąd on wiedział że my tu idziemy?! Spojrzałam za siebie. Blady Luhan patrzący na moją rękę, która już powoli przestawała mnie boleć. Triss mająca w oczach rządzę mordu i stojących obok niej Marka, Jacksona, Gisę i JJ. Czekali na mój znak. Nie widziałam nigdzie Cassie i Taemina. Przed chwilą za nami byli. Gdzie zniknęli? Jednak wtedy nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
- Skoro na nas czekałeś, to wiesz po co tu jesteśmy. - Uśmiechnęłam się do niego tak nieprzyjaźnie, jak tylko umiałam.
- Oczywiście, że wiem. Przyszłaś, bo chcesz się zobaczyć z rodzicami. - Nie wytrzymałam już. Skoczyłam w powietrze w jednej sekundzie, przywołując znowu płonienie, które zgasły kiedy kula trafiła mnie w rękę. Taeil miał w ręku pistolet, znowu skierowany w moją stronę, nie zawahałam się, teraz mógł mnie podziurawić tymi przeklętymi nabojami. Wylądowałam na biurku, na szczęście nie obrywając żadnym pociskiem.
- Gdzie ten twój przydupas z żabimi oczami? - Zapytałam z bezczelnym uśmieszkiem.
- Poszedł przywitać resztę naszych gości. - Do pokoju wpadło nagle kilku innych ludzi i rzucili się na moich przyjaciół, nie miałam czasu nawet na nich spojrzeć, bo poczułam na policzku zimny metal. Dotknęłam ręki, która trzymała przy mojej twarzy pistolet i z satysfakcją słuchałam krzyku bólu wywołanego oparzeniem. Nigdy wcześniej nie uczyłam się zadawać komuś ran, a teraz przychodziło mi to z taką łatwością. Było tak, jakby moje ciało samo wiedziało co ma robić, parowało i oddawało ciosy. Chłopak próbował jeszcze we mnie strzelać, ale za każdym razem udawało mi się tego uniknąć. Rzucałam w niego kulami ognia, gdzieniegdzie w jego ubraniu pojawiały się wypalone dziury. Miał moc ziemi, co utrudniało mi ataki żywiołem. Walka wciąż trwała, ale z sekundy na sekundę nasze siły okazywały się lepsze, mieliśmy przewagę. Widziałam każdego z mojej grupy, radzili sobie. Wciąż jednak brakowało dwóch osób. Cassie i jej strażnika. Może postanowili dołączyć do Tao? Może uznali, że im bardziej przyda się pomoc? Chwilę później zobaczyłam, jak Taeil patrzy za mnie i uśmiecha się z satysfakcją.
- Zostawcie ją, póki życie wam miłe. - Usłyszałam JJ i wiedziałam o kogo chodzi. Odwróciłam się spanikowana. To, co zobaczyłam, bardzo mnie zaskoczyło i nie wiedziałam, czy aby przypadkiem mi się nie przywidziało. Gisa stała sama, a nad jakimś chłopakiem pochylał się prawdziwy gryf z niebieskimi piórami na skrzydłach. Ale przecież widziałam już zwierzęcą postać JJ. Był motylem, dużo mniejszym, niż ten wielki stwór miażdżący gardło biedaka pod nim. W tym momencie usłyszałam krzyk bólu, na pewno nie był to głos kogoś z tego pokoju. Na czole pokazały mi się kropelki potu. Bałam się, że to ktoś od nas. W pomieszczeniu został tylko Taeil i jeden z jego ludzi, z resztą się rozprawiliśmy. Czas zadać ostatni cios. Czas zakończyć to raz na zawsze. W pół kroku zatrzymało mnie wejście Kory.
- Elie! - Zawołała rozpaczliwie, w jej oczach zobaczyłam wielki smutek, wiedziałam co się stało, ten krzyk... Błagam, nie!
- Wrócę tu po ciebie i zabiję cię w najbardziej brutalny sposób, na jaki tylko będzie mnie stać. - Odwróciłam się i ruszyłam za dziewczyną.
***
Biegliśmy przez korytarze w stronę wyjścia, chciałam znaleźć się tam jak najszybciej. Słyszałam za sobą kroki pozostałych z mojej grupy. Kiedy w końcu zobaczyłam na horyzoncie naszego vana, do moich uszu dobiegł płacz. Serce mi się ścisnęło. To nie mogło się stać. Nie... To wszystko przeze mnie!
- Co się stało? - Krzyknęłam, po czym zobaczyłam Lunę ze łzami w oczach. Siedziała na ziemi, obok niej bezwładnie leżał nieprzytomny U-Kwon, a ona gładziła jego włosy. Przód jego koszulki był cały czerwony a wokół niego tworzyła się coraz większa kałuża krwi.
- Ten cały Minho... chciał we mnie strzelić. - Zaczął Zelo z trudem. - On - spojrzał na przyjaciela - osłonił mnie i dostał. Ale nie stracił przytomności! Walczył dalej... - Popatrzył na mnie, a jego wzrok zatrzymał się na moim ramieniu i dziurze po naboju, zagryzł mocno wargi.
Luna uniosła głowę i chciała coś powiedzieć, ale widocznie głos uwiązł jej w gardle, bo tylko spojrzała na swojego strażnika, jakby z wyczekiwaniem.
- U-Kwon stracił dużo krwi. - Odezwał się nagle L. Wzrok nas wszystkich skierował się w jego stronę. - Jeden z tych sku...
- Nie przeklinaj. - Luna przerwała mu cicho, ale stanowczo.
- Jeden z ludzi Taeila - kontynuował bez mrugnięcia - zaatakował go czymś w rodzaju drzewnej... macki? Podczas kiedy pocisk nie spowodował większych obrażeń, atak żywiołem ziemi zwalił go z nóg. - Byłam zdziwiona, jak L może mówić nam o tym wszystkim z takim spokojem. Jego głos i oczy były zupełnie pozbawione emocji. - Luna twierdzi, że drewno było zatrute. - To ostatnie zdanie wypowiedział już ciszej, przenosząc wzrok z odległego, nieokreślonego punktu na nią.
- Jedźmy do domu, nic tu po nas. - Zadecydowałam.
Zapakowaliśmy się, przenosząc delikatnie rannego chłopaka. Gdy wsiedliśmy do samochodu i zobaczyłam puste miejsca, nagle mnie olśniło.
- Gdzie Cassie?
- Przecież była z wami. - Zapytałam ogólnie, ale odpowiedział mi V.
- Nie było jej. Myślałam, że dołączyła do was.
- Dlaczego by miała? - Zapytał zdziwiony Jimin. - Ustaliliśmy chyba, że ona i Taemin są w waszej grupie.
Na wspomnienie tego imienia Luhan poruszył się niespokojnie i odwrócił wzrok, udając, że widok za oknem jest bardzo interesujący.
- Prawdę mówiąc, nie widziałem ich od momentu kiedy weszliśmy do tego żałosnego ,,centrum dowodzenia''. - Do rozmowy przyłączył się Jackson, akcentując sarkastycznie ostatnie słowa.
- Zwiali. - Powiedział krótko i rzeczowo Mark. Jednocześnie zakończył tę dyskusję. Nie było już nic do dodania.
- Przez długi czas nie powinni nas nękać, zabiliśmy pięciu jego ludzi. - Rzucił Tao, kiedy ruszyliśmy. Reszta drogi minęła w zupełnej ciszy.
W domu położyliśmy U-Kwona u niego w pokoju, a ja zajęłam się jego ranami. Mój ojciec był lekarzem, więc mniej więcej wiedziałam, co mam zrobić, żeby chociaż trochę mu pomóc. Wysłałam Korę do miejskiego szpitala, żeby ukradła potrzebne mi rzeczy. Jednym z jej talentów jest niewidzialność, dlatego nadawała się do tego zadania najlepiej. Nie zajęło jej to dużo czasu, a kiedy już wróciła, przemyłam i odkaziłam rany... tak naprawdę, cała jego klatka piersiowa i brzuch, to była jedna wielka rana. Dałam mu też zastrzyk przeciwbólowy. Kazałam Korze przynieść ze szpitala igły chirurgiczne, bo sądziłam, że będę musiała szyć. Ale tam nie było co szyć. Nie mam pojęcia jak działa żywioł ziemi, bo mój, to ogień, ale to co widziałam było straszne. Nie sądziłam, że obrażenia po ataku ziemią mogą być tak poważne. Wyrzuciłam z pokoju wszystkich, nawet zdruzgotanego Zelo i zapłakaną Lunę, bo chciałam mieć spokój. Ale teraz, kiedy z bliska przyglądałam się U-Kwonowi, dotarło do mnie, że nie dam rady. Nie poradzę sobie z tym sama. Najgorsze było to, że nie mogliśmy oddać go w ręce profesjonalnych lekarzy, nie mogliśmy po prostu zawieźć go do szpitala. Oni nie umieliby mu pomóc. Co innego, gdyby chodziło tylko o ranę postrzałową... wystarczyłaby operacja, a z niewygodnymi pytaniami jakoś byśmy sobie poradzili. Ale to było coś więcej.
Zanim zabrałam się za oczyszczanie, widziałam tylko krew. Jednak teraz mogłam wyraźnie zobaczyć, skąd się jej tyle wzięło. Cały brzuch chłopaka pokrywały drobne, ale bardzo głębokie rany. Bez przerwy sączyła się z nich krew. Wśród nich była jedna, największa, to w niej pewnie tkwił nabój. Mogłabym go zabandażować, ale czy to by coś dało? Czułam, że jest tylko jedna osoba, która wie, co tu się stało i co należy zrobić.
***
Na dole, w salonie, gdzie wszyscy się zebrali, panowała cisza. Napięcie wisiało w powietrzu niczym mgła, było od niego aż gęsto. Brakowało tylko Taemina i Cassie, którzy wcześniej zniknęli bez wyjaśnienia, oraz Elie, która zajmowała się rannym U-Kwonem. Na szczęście oprócz niego nikt poważnie nie ucierpiał, jedynie Jimin trochę utykał na lewą nogę, dlatego zawsze opierał się na Marku lub Jacksonie, i Triss miała parę zadrapań. Pewnie dlatego, że nie posiadała strażnika i musiała radzić sobie sama. Od czasu powrotu, V nie odstępował jej na krok. Teraz usadowił się na ziemi obok jej fotela i przemywał jej dłonie wodą utlenioną.
Kanapę zajmowali Mark, Jimin, Jackson i Luna, natomiast na oparciach po obu stronach siedzieli Luhan i L. Na kolejnym fotelu półleżał Zelo, miał zamknięte oczy i mokre policzki. Nad nim pochylała się Gisa, obejmowała chłopaka od tyłu, co chwilę wycierając swoim rękawem jego łzy. W rogu pokoju stał JJ z założonymi rękami. Patrzył w nieokreślony punkt, od czasu do czasu tylko zerkał na swoją podopieczną. Nie musiał się jej przyglądać, i tak wiedział co myśli i czuje.
W drzwiach do kuchni stali Tao z Korą, szeptali coś do siebie, a właściwie tylko ona do niego, bo wszystko, co chciałby jej powiedzieć, dziewczyna słyszała w swojej głowie.
Jackson widocznie nie mógł znieść tej niepewności i głuchej ciszy, bo wciąż się wiercił. Czuł się nieswojo, kiedy nikt nic nie mówił. Przywykł do hałasu i gwaru. Nie wytrzymał wreszcie. Westchnął głośno, uniósł głowę i odezwał się pierwszy.
- Myślicie że on przeżyje?
Na te słowa Zelo i Luna zerwali się raptownie. Chłopak siedział teraz sztywno wyprostowany z szeroko otwartymi oczami. Blondynka zaś odsunęła twarz od swoich kolan, które obejmowała rękami, i zmierzyła Jacksona wrogim spojrzeniem. Pozostali siedzieli bez ruchu, oniemiali, nikt nawet nie pomyślał, żeby mu odpowiedzieć.
L musiał usłyszeć myśli Luny, bo zerknął na nią z ukosa, po czym wrócił spojrzeniem przed siebie, przymknął na chwilę oczy i wydał odgłos irytacji. Wyciągnął rękę w bok, nie wysilając się zbytnio, bo przecież siedział wyżej, i bez uprzedzenia uderzył Jacksona w tył głowy.
- Ałaa... Za co to?! - Ten wykrzyknął z wyrzutem.
- Debil. - Mruknął pod nosem L, chowając ręce z powrotem do kieszeni.
Jackson już otwierał buzię, żeby odpowiedzieć na tę obelgę, ale przerwało mu niespodziewane zachowanie Luhana. Zerwał się na równe nogi jak oparzony, rozejrzał się po pokoju, wbił nieobecny wzrok w sufit, a potem skierował go na Lunę, na co ta, zaskoczona, zmarszczyła brwi. Podszedł do niej, złapał za nadgarstek i niemal zerwał ją z kanapy, tak że prawie się wywróciła. Nic nie mówiąc, ruszył po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowaną dziewczynę. W połowie drogi odwróciła się i rzuciła pytające spojrzenie swojemu strażnikowi, ale on tylko wzruszył ramionami.
Bez sprzeciwu maszerowała za nim, wpatrując się w jego plecy. Domyślała się dokąd ją prowadzi, nie wiedziała tylko po co. Luhan nie zatrzymał się przed drzwiami nawet na chwilę, otworzył je od razu i wpadł do pokoju z impetem. Wciąż nie puszczając Luny, wyciągnął dziewczynę zza siebie i wysunął jej rękę do przodu, jakby chciał ją komuś wręczyć.
- Proszę, przyprowadziłem ci ją. Myślałaś o tym. - Powiedział.
Znajdowali się w pokoju U-Kwona. Leżał na łóżku nieprzytomny, nie miał na sobie koszulki. Luna do tej pory widziała tylko jego zakrwawione ubranie, i samo to wywoływało u niej płacz; teraz, kiedy patrzyła na obrażenia na jego torsie, jedyną emocją widoczną na jej twarzy był czysty szok.
Przed nimi stała Elie, choć nie płakała, jej oczy ukazywały głęboki smutek i beznadzieję. Drżące dłonie i spuszczony wzrok nie wróżyły nic dobrego.
- Dziękuję. - Zaczęła. - Lulu, posłuchaj... - Przerwała, widząc, że oboje na nią spojrzeli. - To znaczy, ty Lulu - zwróciła się do blondynki - nie ty Lulu - to powiedziała do chłopaka.
Luhan uśmiechnął się ze zrozumieniem. Skinął głową, puścił dziewczynę stojącą obok niego i wyszedł z pokoju, cicho zamykając drzwi.
- Co tam się stało? - Elie zapytała od razu. - Jego brzuch... wygląda jak podziurawiony dziesiątkami, nawet setkami igieł. Jak można zrobić coś takiego ziemią?
- Normalnie. - Luna odpowiedziała szybko. - Nie ma czasu na wyjaśnienia. Mówiłaś, że twój tata jest... był lekarzem, i że wiesz co trzeba robić. - Zerknęła na U-Kwona. - Dasz radę mu pomóc?
Elie przełknęła głośno ślinę, nie wiedziała co powiedzieć. A nawet jeśliby wiedziała, to nie miała pojęcia jak to ubrać w słowa. ,,Przepraszam, ale nie dam rady''? ,,Myliłam się''? ,,Nie wiem jak go ratować, bo nie wiem co mu jest''?
- Nie. - Odpowiedziała krótko i zwięźle. To nie był odpowiedni moment, żeby się rozwlekać.
Luna uniosła kącik ust i przymknęła oczy. Elie pomyślała, jak bardzo w tym momencie przypomina swojego strażnika. Nie chodziło o wygląd, raczej o wyrażanie emocji; choć trzeba przyznać, że mimo tak charakterystycznego dla nich cynizmu, dziewczyna była bardzo uczuciowa, w porównaniu do wiecznie chłodnego L.
- Tak myślałam. - Nazbyt spokojny ton Luny był tylko przykrywką i Elie doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Niby miałam nadzieję, że wiesz z czym masz do czynienia, ale jednak obawiałam się, że medycyna tu nie pomoże. Jak widać, słusznie.
Wyższa z dziewcząt nie wytrzymała presji, ugięły się pod nią nogi. Opadła ciężko na łóżko i ukryła twarz w dłoniach.
- Przepraszam. - Wychlipała. - Nie miałam pojęcia, że to się tak skończy. Nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie...
- Skończy? - Luna prawie krzyknęła. Cały jej spokój nagle zniknął. - Wstań. Weź się w garść. Nie płacz. - Wydawało się, jakby chwila rozłąki z L wystarczyła, żeby wróciły do niej emocje. Jej głos był teraz przepełniony złością, smutkiem, zrozumieniem, nadzieją... Wszystkim naraz. Elie spojrzała na nią zdziwiona. - Jest sposób, żeby go uratować. Chyba. Tak sądzę...
- Co... - Zaczęła Elie, ale nie dane było jej skończyć.
- Nic. - Ucięła Luna. - Nie ma czasu. Wszystko wszystkim wyjaśnię, ale później. Biegnij na dół i przyprowadź mi energię.
W pokoju zapadła cisza. Luna uklękła przy łóżku i podwinęła rękawy, natomiast Elie wstała, ale, niepewna, nie ruszyła się o krok.
- Szybko! - Dodała blondynka, widząc jej wahanie.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, żeby odpędzić łzy i oprzytomnieć, i wypadła z pokoju. Popędziła na dół najprędzej jak umiała. W salonie znalazła się w mgnieniu oka, od razu wyszukując wzrokiem Gisę. Siedziała na oparciu fotela, na którym był Zelo. Trzymała jego rękę w swoich dłoniach. Elie pomyślała, że nigdy przedtem nie widziała go w takim stanie. Uosobienie rozpaczy. Kiedy biegła po schodach i wpadła do salonu, narobiła trochę hałasu. Skierowała tym na siebie wszystkie spojrzenia, ale Zelo nawet nie mrugnął. Wyglądałby jakby spał, gdyby nie łzy bez ustanku płynące po policzkach. Poczucie winy uderzyło ją nagle. Zabiłam mu przyjaciela, przemknęło jej przez myśl. Zarówno ją jak i Luhana zaskoczyła dosadność tych słów. Niestety, z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej realne.
- Musisz iść ze mną. - Elie próbowała mówić stanowczo, żeby zatuszować drżenie głosu po płaczu. Patrzyła prosto przed siebie, czekając, aż jej oczy spotkają się z niebieskimi, Gisy. Dziewczyna już unosiła głowę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie chodzi o nią, kiedy w pokoju rozbrzmiał nowy głos.
- Tak Tao. - L wstał ze swojego wcześniejszego miejsca. - Musisz iść z nią. - Odwrócił się i stał teraz naprzeciwko niego i Elie. Oboje wpatrywali się w chłopaka zaskoczeni.
- Ja? - Spytał Tao.
- On? - Zawtórowała mu Kora.
- Ale... - Elie zaczęła, ale L mrugnął do niej i ledwo zauważalnie pokręcił głową, czym powstrzymał ją od dalszego mówienia.
- Co się dzieje? - Zza oparcia kanapy wysunął się Mark. Powiedział na głos to, co chodziło po głowie wszystkim.
- Luna bawi się w cudotwórcę. - L stał tyłem do niego (a zarazem do całej reszty, oprócz Tao i Elie). - Ale nie radzę pokładać w tym nadziei. - Dopiero teraz obejrzał się za siebie. - Cudów nie ma.
W tym momencie Zelo gwałtownie zerwał się z fotela, wyrywając jednocześnie rękę z uścisku Gisy. Miał znów otwarte oczy. Niektórym wydawało się, że podejdzie do L i go uderzy, ale on tylko wymaszerował z pokoju prosto do drzwi frontowych i wychodząc trzasnął nimi tak, że aż wszystko się zatrzęsło. Dziewczyna, która przed chwilą ściskała jego dłoń, natychmiast za nim pobiegła. JJ nadal stał w tym samym miejscu z założonymi rękami, ale teraz spuścił wzrok i westchnął z rezygnacją.
Tao miał dość tego wszystkiego, wyminął najpierw L, potem Elie (choć przechodząc koło niej rzucił jej czułe spojrzenie i musnął jej dłoń), żeby znaleźć się na schodach, i energicznym krokiem ruszył na piętro. L, wciąż trzymając ręce w kieszeniach, niespiesznie podążył za nim.
Pozostali patrzyli po sobie pytająco, ale każdy wzruszał ramionami, bo przecież nikt nic nie wiedział. W końcu skupili się na jedynej osobie, która mogła mieć jakieś informacje. Elie.
- Nie idziesz z nimi? - Kora spytała jej, opierając się o framugę drzwi.
- Nie. Ale ty powinnaś. - Odpowiedziała stanowczo. Kora przyłożyła dłoń do piersi, jako niewerbalne ,,Ja?''. - Tu nie chodzi o Tao, tylko o jego moc. Jest silniejsza, kiedy jesteś przy nim. - Mówiła głosem nieznoszącym sprzeciwu, chyba złość, czy to na siebie, czy całą tą sytuację, przejęła nad nią kontrolę. Dziewczyna skinęła głową i pobiegła na górę.
***
Kiedy Elie wyszła z pokoju U-Kwona, Luna została z nim sam na sam. To nic, że był nieprzytomny, dziewczyna lubiła każdą chwilę z nim spędzoną, nawet kiedy nie mógł jej zobaczyć ani usłyszeć. Oczywiście mogła zrobić to, co Elie, czyli poprosić w myślach L, żeby przyprowadził kogo trzeba. Byłoby szybciej. Ale ona kierowała się w tym momencie impulsem, emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem. Potrzebowała chwili samotności. Człowiek, który cierpi, potrzebuje pocieszenia. Ale człowiek, którego uczucia czynią słowo ,,cierpieć'' śmiesznym niedopowiedzeniem, może odnaleźć się tylko w samotności. U-Kwon leżał bez ruchu, wyglądał jakby spał. Ale wystarczyło spuścić wzrok z jego twarzy na klatkę piersiową, żeby uświadomić sobie, że wcale nie spał. On umierał.
Luna siedziała na ziemi przy łóżku, złapała jego chłodną rękę w swoje i schowała głowę w ramiona. Nie lubiła płakać przy ludziach, uważała to za oznakę słabości. W kryjówce Taeila, kiedy zobaczyła jak U-Kwon został zaatakowany jedną z najniebezpieczniejszych technik ziemi, bezmyślnie rzuciła się na napastnika, mimo że jej specjalnością była walka z dystansu, a nie bezpośrednia. Na szczęście nie dotarła do niego, bo L w porę złapał ją mocno i nie puścił, dopóki nie wyszli na zewnątrz. Tylko ona wiedziała co się stało i czym to grozi. Pozostali zorientowali się, że coś jest nie tak dopiero po chwili, kiedy U-Kwon padł na ziemię. Widziała jak Zelo i V wynoszą go stamtąd. I wtedy pękła. Rozpłakała się, wyrwała swojemu strażnikowi (który musiał sam ją puścić, bo inaczej nie dałaby rady) i pobiegła w stronę rannego, żeby jak najszybciej się przy nim znaleźć. Było jej wtedy wszystko jedno, czy ktoś na nią patrzy czy nie.
Jednak teraz, kiedy byli sami, płakała bez skrępowania, łzy poleciały same. Nie chciała dopuścić do siebie tej myśli, ale podświadomie wiedziała, że to może być ostatni raz. Miała mu jeszcze tyle do powiedzenia...
Usłyszała kroki na schodach, więc szybko wytarła oczy rąbkiem koszulki, podniosła się i usiadła na łóżku. Przyjrzała się uważnie, leżącemu na nim chłopakowi. Znajoma twarz wydawała się teraz tak obca. Brakowało tej wiecznej radości, która potrafiła rozbroić każdego. Dziewczyna uśmiechnęła się na to wspomnienie.
- Straszny z ciebie głupek. - Powiedziała cicho, jako ostatnie słowa pożegnania.
***
Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Tao, po nim L spacerowym krokiem, a zaraz za nimi wpadła zdyszana Kora, widocznie musiała biec. Pierwszy chłopak stanął po drugiej stronie łóżka i patrzył na U-Kwona szerokimi ze zdziwienia oczami.
- Wygląda jak w gorączce. - Powiedział smutnym głosem.
- Ma gorączkę. I coraz mniej krwi. To nie ustanie, dopóki mu nie pomożemy. - Mówiąc ,,to'', Luna wskazała wzrokiem jego klatkę piersiową. Była pokryta niezliczoną ilością drobnych ran, które nawet na chwilę nie przestawały krwawić. - Gdyby...
- ... był człowiekiem, już by nie żył. - L dokończył jej myśl, wyczuwając chyba, że sama nie da rady. - Ale nie jest, podobnie jak ja, więc ma jeszcze trochę czasu. - To, zdaje się, dodał już od siebie.
- Co zamierzasz zrobić? - Wysapała Kora opierając się o klamkę.
- Widzicie te kropki? - Opuszkami palców dotknęła skóry U-Kwona. - W każdej z nich kryje się drzazga. Niektóre są grube jak gwoździe, inne cienkie jak szpilki. Drewno jest zatrute. Ta substancja hamuje proces krzepnięcia krwi i wywołuje chorobę właściwą tylko istotom z ich planety.
- Słyszałam o tym. - Mruknęła strażniczka Tao, już ze spokojniejszym oddechem. - Ale tej techniki się prawie nie używa.
- Bo jest niemal niemożliwa do wykonania.
Równie niemożliwe jest przeżycie takiego ataku, pomyślał ponuro L, wdzięczny, że telepatia między nimi nie działa w obie strony.
- Jeżeli uda mi się wyciągnąć te drzazgi, to krew znów zacznie krzepnąć. - Luna kontynuowała wypowiedź. - A jeśli zrobię to odpowiednio wcześnie, to może nie dojdzie do rozprzestrzenienia trucizny.
Już doszło, nie widzisz że ma gorączkę? L nie powiedział tego na głos, nadzieja mogła być jedyną rzeczą jaka jej została, a on za wszelką cenę nie chciał jej skrzywdzić.
- Twoja rola jest bardzo ważna. - Zwróciła się do Tao, dalej tłumacząc swój plan. - Bez energii nic nie zrobię. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będziesz jak elektrowstrząsy w szpitalu. Tylko naturalne. - Uśmiechnęła się do niego słabo, co chłopak odwzajemnił. - Musisz też wzmocnić mój żywioł, zadbasz o odpowiedni przepływ energii, dzięki czemu będę mogła zlokalizować drewno pośród tkanek i wyciągnąć je tą samą drogą, którą tam trafiło.
,,Jeśli nie uszkodzisz mu żadnego narządu, to przez tydzień będę tylko wiewiórką. A jeśli uszkodzisz, to koniec, po nim. Niestety, to drugie jest bardziej prawdopodobne.'', L pokręcił głową pogrążony we własnych myślach.
- Nie wolno nam uszkodzić żadnego narządu. - Usłyszał i raptownie uniósł wzrok. Czyżby się mylił co do obustronności ich telepatii? Luna wciąż patrzyła na Tao, a on ze zrozumieniem kiwał głową. L odetchnął z ulgą, to był tylko przypadek. Cóż - uśmiechnął się sam do siebie - podobno wielkie umysły myślą razem.
Na łóżku, obok U-Kwona leżały bandaże i mnóstwo gazy, wszystko zakrwawione. Tak samo jak pościel. Kora zamknęła drzwi, na których się wcześniej opierała i podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej wszystkie ręczniki jakie znalazła, było ich dużo, ale oceniając stan chłopaka pomyślała, że to i tak niewystarczająco. W życiu nie widziała naraz tyle krwi.
W tym samym czasie Tao próbował połączyć swoją energię z ziemią Luny. Ta technika jest często wykorzystywana podczas walki, ale ma to sens tylko wtedy, kiedy osobom ją wykonującym nawiązanie połączenia zajmuje moment. Jednak żeby to osiągnąć, potrzeba wiele wspólnych prób i treningów. Jeśli wojownicy łączą się ze sobą po raz pierwszy, wymaga to czasu i skupienia. Luna wstała i znajdowała się teraz naprzeciwko chłopaka. Oboje mieli zamknięte oczy, ale ona dodatkowo zasłoniła je dłońmi. Tao natomiast delikatnie uciskał skronie.
L stał z założonymi rękami, opierając się o ścianę. Głowę miał przekrzywioną a spojrzenie chłodne. Nie lubił U-Kwona. Od samego początku. Ale kochał Lunę ponad wszystko i wiedział, że jeśli on umrze, razem z nim umrze mały fragment jej duszy, który mu oddała. I to był jedyny powód, dla którego wolał, żeby ten pajac jednak przeżył.
Kora właśnie kładła ręczniki na łóżku, kiedy Tao gwałtownie otworzył oczy, zaraz po nim Luna. Wyglądało to tak, jakby nagle obudzili się ze snu.
- Czujesz? - Zapytał.
- Chyba tak. - Odpowiedziała, nie do końca jeszcze oswojona z nowym doświadczeniem. - Tak mi dziwnie... inaczej.
- Mi też. - Tao uśmiechnął się pokrzepiająco. - Tak ma być. - Mówiąc to, wyciągnął ręce przed siebie i uniósł je na wysokość kilku centymetrów nad klatką piersiową U-Kwona.
Luna zrobiła to samo, jednak troszkę niżej. Próbowała skoncentrować się na strukturze jego ciała. Tak naprawdę mogłaby robić to nie patrząc. Musiała się opierać na tym, co czuje, nie na tym, co widzi. Korzystała z szóstego zmysłu, ze swojej mocy. Odbieranie przez nią bodźców znalazło się teraz na zupełnie innym poziomie, a to, w jaki sposób postrzegała ciało U-Kwona, było porównywalne do USG. Tylko w trójwymiarze. Trochę tak, jakby mogła dotknąć każdej jego tkanki i przejrzeć ją na wylot. Pomyślała, że wszyscy przyszli lekarze powinni uczyć się w ten sposób anatomii, na co L zaśmiał się cicho.
Dzięki Tao potrafiła odróżnić drewno od ciała. Komórki roślinne od zwierzęcych. Tych pierwszych było tyle, że zajęło jej chwilę, zanim zlokalizowała jedną, konkretną drzazgę. Skupiła się na niej. ,,Widziała'' nad nią pustą przestrzeń, poszarpane warstwy tkanek. To tamtędy musiała ją wydostać. I dokładnie tamtędy, żeby nie zrobić U-Kwonowi większej krzywdy ani nie rozprzestrzeniać trucizny. Zacisnęła powieki i przywołała do siebie całą swoją siłę. Oczywiście umysłu.
Usłyszała, że Kora gwałtownie wciąga powietrze. Otworzyła oczy i zobaczyła, że dziewczyna siedzi przy poduszce i trzyma dłoń na mokrym czole U-Kwona. Z rozchylonymi ustami patrzyła na jego brzuch. Luna uniosła brwi i skierowała wzrok w to samo miejsce. Udało się? Naprawdę? Zdała sobie sprawę, że sama nie do końca w to wierzyła. Ale teraz, widząc mały kawałek drewna pod swoimi rękami, wystający lekko spod skóry chłopaka, poczuła przypływ jeszcze większej determinacji. Na nowo wstąpiła w nią nadzieja. Teraz już musiała skończyć to, co zaczęła. Miała moc, którą mogła uratować czyjeś życie. I to nie przypadkowe. To życie należało do samego Kim Yu Kwona, a zatem po części również do niej, i choć do tej pory miała wrażenie że coraz bardziej jej ucieka, pomyślała, że chyba właśnie zawróciło.
Tao ujął w palce drobną drzazgę i odłożył ją na szafkę obok łóżka. Wziął głęboki oddech i popatrzył na Lunę. Nie odezwał się, ale wszystko co chciał powiedzieć doskonale wyraził w swoim spojrzeniu. Posłał jej delikatny uśmiech i skinął głową.
Lunie nie trzeba było więcej, od razu przymknęła oczy i skupiła się na kolejnym odłamku drewna. Zastanawiała się, co L sądzi o tym wszystkim. Zawsze był z nią, zawsze po jej stronie. Czasem nie mówił nic, a czasem aż za dużo i ranił wtedy ludzi. Ale w stosunku do niej nigdy się tak nie zachowywał. Rozmawiał z nią najzwyczajniej w świecie, śmiał się przy niej, wygłupiał, złościł, smucił. Znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to wcale nie jest tak, że on udaje przy innych. On naprawdę taki był. Chłodny. Po prostu ona była wyjątkiem. Nie rozumiała tego do końca, ale była za to wdzięczna. Choć niekiedy żałowała, że nie może poznać jego myśli. I w tym momencie zdała sobie sprawę, że on zna jej.
Już odwracała głowę żeby na niego zerknąć, kiedy poczuła nagłe zachwianie energii. Szybko zlustrowała brzuch U-Kwona, z zadowoleniem dostrzegając kolejną wyciągniętą drzazgę, i wróciła wzrokiem do Tao. Rozchylił usta i zmarszczył brwi, a za chwilę szerzej otworzył oczy, co dało obraz zaskoczenia, zmieszania i przerażenia w jednym.
- Co się stało? - Zapytała szybko Luna.
Z trudem na nią spojrzał.
- Ja... nie czuję... bo on... - Tao jąkał się, jakby zapomniał jak mówić. Chociaż może w końcu wykrztusiłby z siebie to, co chciał powiedzieć, gdyby Kora nie poderwała się z miejsca i nie wykrzyczała tego spanikowana.
- On nie oddycha!
_________________________________________
A w końcu! :p
Niektórzy może wiedzą, ale w czasie pisania tego rozdziału przeżywałam trudny okres :P
Jestem osobą nieradzącą sobie z własnymi emocjami i bardzo często wpadam w silną depresję. Ale dzięki przyjaciołom wszystko da się pokonać <3
Powoli widać już koniec opowiadania. Pozmieniałam plany i wróciłam do pierwowzoru, czyli krótkiego opowiadania. Nie chcę przeciągać, bo wiem, że mi to wtedy nie wyjdzie.
Uprzedzam, że jak skończę to opowiadanie, chciałabym wstawić kolejne (które ma już zapisanych sześć stron).
Co to będzie… hmmm… Będzie miało trzy, może cztery części, będzie o jednym zespole i nie będzie to fantasy :P Chcę spróbować i sprawdzić, czy wyjdzie mi napisanie czegoś takiego. :)
Pozdrawiam, Elie
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Okej, dobra, przyznaję - to moja wina. Wiem, że ten rozdział miał tu być już jakiś czas temu, ale jest dzisiaj. Mógł być później, ale jako że mamy weekend, to posiedziałam sobie w nocy. A co mi tam ; ) Chcę też powiedzieć, że przez całe następne opowiadanie będę się puszyć z zazdrości, bo główny bohater to... hahah, niespodzianka :D (w każdym razie nikt stąd)
Luna
- Elie, wiem co o tym myślisz ale proszę, zastanów się dobrze, może i jest od nas słabszy ale nie chcę narazić nikogo na niebezpieczeństwo, a tym bardziej na śmierć. - Czarnowłosy chłopak popatrzył mi w oczy.
W drodze powrotnej usiadł ze mną i całą podróż nasze kolana się dotykały. Po wczorajszym pocałunku w mojej głowie działy się dziwne rzeczy. Z jednej strony rumieniłam się i stresowałam, a z drugiej cieszyłam się jak głupia.
- Porozmawiajmy o tym jak już wrócimy.
Obudziłam się i zobaczyłam, że auto zaparkowane jest pod domem. Poczułam na swoich plecach rękę, delikatnie je gładziła. Spojrzałam w górę i moje oczy spotkały się z czarnymi tęczówkami. Momentalnie na moje policzki wypłynął rumieniec.
- Kto by pomyślał, że osoba, która nie raz wyzywała mnie słowami, od których robi się człowiekowi słabo, tak słodko potrafi się zarumienić. - Po tym stwierdzeniu twarz dosłownie zaczęła mnie piec z gorąca. Nie wiedziałam dlaczego tak reaguję. Słyszałam jak chłopak koło mnie się śmieje i naprawdę miałam ochotę mu przyłożyć, ale zanim udało mi się zebrać w sobie i uderzyć go w ramię, poczułam na szyi jego usta. Zesztywniałam i nie wiedziałam co robić. Krzyczeć, zostać i poddać się pieszczocie czy uciekać. Jak by nie patrzeć, jestem pierwszy raz w takiej sytuacji. Kiedy ja biłam się z własnymi myślami, czarnowłosy poczynał sobie coraz śmielej, w końcu zbliżył swoją twarz do mojej i popatrzył mi głęboko w oczy. - Nie chcę żebyśmy udawali, że to co się wydarzyło nie miało miejsca, a nawet wręcz przeciwnie. - Złapał mnie za rękę i przyłożył ją sobie do piersi. - Czujesz? - Zapytał. - Bije tak mocno kiedy tylko jesteś w pobliżu. Nie powiem ci, że to co do ciebie czuję to miłość, bo na to jest za wcześnie. - Tu ma rację, po zaledwie dwóch miesiącach znajomości nie można stwierdzić, że darzy się kogoś takim uczuciem jak miłość. - Ale nie wiem ile możemy mieć czasu. Kiedy nadejdzie walka i czy wyjdziemy z niej cało, tego też nie wiem. Wiem tylko tyle, że zależy mi na tobie. - W życiu nie spodziewałam się takiego wyznania od nikogo. Z jednej strony byłam przerażona, a z drugiej szczęśliwa.
Nie wiedziałam jak mam odpowiedzieć, więc zrobiłam coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewała. A mianowicie nachyliłam się i pocałowałam go w usta. Nie był to pocałunek należący do namiętnych, a bardziej do obiecujących. Chciałam, żeby ukazał wszystkie moje emocje.
- Ciesze się, że się rozumiemy. - Złapał mnie za rękę. - Chodźmy już do środka.
Nie puścił mnie nawet po tym, jak przekroczyliśmy próg domu. Przyznanie się przed sobą i nim było trudne, a okazywanie wszystkim, że coś nas łączy, było przerażające. Chłopak chyba to zauważył.
- Co się dzieje? Wstydzisz się?
- Nie! - Odparłam szybko. - Tylko nie chcę aż tak tego manifestować. - Popatrzyłam na swoje buty. Tao cicho się zaśmiał i pocałował mnie w czoło. Weszliśmy do salonu i zastaliśmy bardzo niecodzienną sytuację. Prawie wszyscy siedzieli na kanapie i patrzyli szeroko otwartymi oczami na scenę rozgrywaną przed nimi. Na środku pokoju stał Taemin z zaciśniętymi pięściami, patrzący spod byka na swojego chłopaka, który stał przed nim.
- No? - Warknął Luhan. - Dowiem się w końcu co ci się stało, czy nie?! - Teraz już krzyknął. - Nie ma mnie dwa dni, a ty puszczasz się jak pierwsza lepsza dziwka! - Blondyn wybuchnął.
- Nie mów tak do mnie! - Tae zaczął się bronić. - Nie dajesz mi tego, czego potrzebuję, więc się nie dziw! Mam tego dość! Ograniczasz mnie! - W jego oczach pojawiły się łzy. - Traktujesz mnie jak dziecko!
- Bo jesteś dzieckiem! Boże, popatrz na siebie! Zachowujesz się jak gówniarz. Masz mnie, osobę która zawsze była koło ciebie i się tobą opiekowała, a na boku szukasz sobie wrażeń. - Na twarzy mojego strażnika pokazał się wredny uśmieszek. - Powiedz mi chociaż czy to facet, czy dziewczyna zostawiła ci na szyi takie znaczki, co? - Młodszy długo nie odpowiadał. Kiedy jednak się odezwał, mówił pewnie.
- Facet. - Tyle wystarczyło Luhanowi, podszedł do chłopaka i uderzył go.
- Jesteś tylko zwykłą kurwą! Puszczającą się dziwką! Nie masz za grosz szacunku ani do siebie ani do mnie. - Wykrzyczał mu to prosto w twarz. - To definitywny koniec między nami. - Po tych słowach odwrócił się i usiadł koło reszty na kanapie. - Co oglądamy? - Zapytał ludzi zebranych w salonie, ale odpowiedziała mu grobowa cisza, jak widać, nieźle musiał nimi wstrząsnąć. Przez cały czas moje oczy były szeroko otwarte, nie spodziewałam się, że Lulu może zachowywać się w taki sposób.
***
Kiedy po kłótni chłopaków nastał jako taki spokój, postanowiłam, że czas podzielić się planem z resztą. Zebrałam wszystkich w pokoju, nie obeszło się oczywiście bez złośliwych komentarzy Luhana skierowanych do Taemina. Dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś z taką uroczą buźką może być taki wredny.
- Stwierdziłam, że nie ma co czekać na ruch Taeila i dlatego zaatakujemy go pierwsi. Dziś wieczorem. - Wszyscy zrobili wielkie oczy i patrzyli się na mnie. - Dzięki Gisie wiemy gdzie oni są i jesteśmy nawet w miarę przygotowani. Jeśli będziemy zwlekać, oni urosną w siłę i nasze szanse znacznie zmaleją.
- To nie jest dobry pomysł. - Odezwał się Tao. - Zgadzam się ze wszystkim co powiedziałaś, ale to za duże ryzyko. - Rozglądnął się po zebranych. - Ktoś z nas może zostać poważnie zraniony, albo, co gorzej, nawet stracić życie. - Znowu popatrzył na mnie. - Chcesz postawić na szali nasze życia. - Zagryzłam zęby. Wiedziałam jakie mogą być konsekwencje, ale perspektywa, że będą nas zarzynać po kolei, nie była za ciekawa.
- Albo jesteś ze mną, albo nie. - Warknęłam. - To samo tyczy się was wszystkich. Zdecydujcie czy idziecie ze mną, czy zostajecie. - Wstałam. - Wyruszamy za pięć godzin. - Skierowałam się w stronę swojego pokoju. Kiedy już się w nim znalazłam, usiadłam na łóżku i zaczęłam się zastanawiać czy postąpiłam dobrze. Zależy mi na nich wszystkich i nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda. Są dla mnie jak rodzina i jeśli ktoś będzie chciał ich tam zabić, oddam za nich własne życie.
Obudziłam się chwilę przed czasem, kiedy mieliśmy wychodzić. Chciałam się przespać i być wypoczęta, bo wtedy moje moce są najsilniejsze. Przebrałam się w ubrania, które nie będą krępować ruchów, kto wie co może się tam wydarzyć. Zeszłam na dół i zobaczyłam, że wszyscy, bez wyjątku, już tam na mnie czekają. Uśmiechnęłam się szeroko, cieszę się że wszyscy zaakceptowali mój plan, teraz na pewno damy radę.
Gisa opisała nam dokładnie, a nawet rozrysowała, jak wygląda środek ich kryjówki, żebyśmy wiedzieli jak się po niej poruszać. Niebieskooka i Tao są jedynymi osobami, które dysponują najważniejszym z żywiołów - energią, dlatego kiedy podzieliliśmy się na dwa zespoły, oni również zostali rozdzieleni. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżaliśmy się do ich kryjówki, a ja zaczynałam się bać. Miałam przeczucie, że coś złego może się stać. Zatrzymaliśmy się kawałek przed miasteczkiem sąsiadującym z tym, w którym my mieszkamy. Szliśmy w ciszy za Gisą, której dłonie lekko się trzęsły, z tego co wiem, jej wspomnienia stąd nie były najlepsze i zrobiło mi się głupio, że wciągnęłam ją w to. Kiedy chciałam podejść do niej i pocieszyć, wyprzedził mnie Zelo. Zrównał z nią krok i cicho powiedział jej coś na ucho, po czym dziewczyna przestała się trząść.
- To tu.
Zobaczyliśmy przed sobą metalowe drzwi od bunkru. No tak, gdzie nikt was nigdy nie znajdzie? W opuszczonych wojskowych bunkrach. Wzięłam głęboki oddech i weszliśmy. Rozdzieliliśmy się na dwie, wcześniej omówione, grupy praktycznie od razu po wejściu. Tao, V, Zelo i Luna wraz ze swoimi strażnikami udali się w prawo, czyli tam, gdzie, jak przypuszcaliśmy, przebywali ludzie Taeila. Natomiast my (czyli Gisa, Mark, Cassie, Triss, ja, oraz nasi strażnicy) ruszyliśmy prosto do niego. Nie martwiłam się o pozostałych, bo wiedziałam, że Luna i L byli przetrzymywani w tym miejscu przez jakiś czas, w pewnym stopniu znali te mury, więc mogli ich poprowadzić. W środku panował półmrok i cisza, byłam zaniepokojona, że nasi wrogowie skądś się dowiedzieli i teraz czekali na nas przygotowani, ale JJ pocieszył mnie, że tu zawsze tak jest. Ludzie Taeila boją się go i siedzą w swoich kwaterach, nie chcąc wchodzić mu w drogę. Szliśmy szerokimi korytarzami do miejsca, gdzie podobno ten zły kurdupel zrobił sobie swoje biuro dowodzenia. Stojąc przed TYMI drzwiami przywołałam swój ogień, z nim zawsze czułam się bardziej pewnie. Pchnęłam je i pierwsze, co poczułam, to obezwładniający ból. Spojrzałam na rękę i zobaczyłam dziurę w bluzce i krew, a po tym do moich uszu doszedł śmiech.
- Czekałem na ciebie. - Z bólu zakręciło mi się głowie i oparłam się o ścianę. - Szkoda, że nie trafiłem! To miał być śmiertelny strzał. - Mówił dziwnie spokojnie. Dopiero teraz dotarły do mnie jego słowa. Jak to “Czekałem na ciebie.”? Skąd on wiedział że my tu idziemy?! Spojrzałam za siebie. Blady Luhan patrzący na moją rękę, która już powoli przestawała mnie boleć. Triss mająca w oczach rządzę mordu i stojących obok niej Marka, Jacksona, Gisę i JJ. Czekali na mój znak. Nie widziałam nigdzie Cassie i Taemina. Przed chwilą za nami byli. Gdzie zniknęli? Jednak wtedy nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
- Skoro na nas czekałeś, to wiesz po co tu jesteśmy. - Uśmiechnęłam się do niego tak nieprzyjaźnie, jak tylko umiałam.
- Oczywiście, że wiem. Przyszłaś, bo chcesz się zobaczyć z rodzicami. - Nie wytrzymałam już. Skoczyłam w powietrze w jednej sekundzie, przywołując znowu płonienie, które zgasły kiedy kula trafiła mnie w rękę. Taeil miał w ręku pistolet, znowu skierowany w moją stronę, nie zawahałam się, teraz mógł mnie podziurawić tymi przeklętymi nabojami. Wylądowałam na biurku, na szczęście nie obrywając żadnym pociskiem.
- Gdzie ten twój przydupas z żabimi oczami? - Zapytałam z bezczelnym uśmieszkiem.
- Poszedł przywitać resztę naszych gości. - Do pokoju wpadło nagle kilku innych ludzi i rzucili się na moich przyjaciół, nie miałam czasu nawet na nich spojrzeć, bo poczułam na policzku zimny metal. Dotknęłam ręki, która trzymała przy mojej twarzy pistolet i z satysfakcją słuchałam krzyku bólu wywołanego oparzeniem. Nigdy wcześniej nie uczyłam się zadawać komuś ran, a teraz przychodziło mi to z taką łatwością. Było tak, jakby moje ciało samo wiedziało co ma robić, parowało i oddawało ciosy. Chłopak próbował jeszcze we mnie strzelać, ale za każdym razem udawało mi się tego uniknąć. Rzucałam w niego kulami ognia, gdzieniegdzie w jego ubraniu pojawiały się wypalone dziury. Miał moc ziemi, co utrudniało mi ataki żywiołem. Walka wciąż trwała, ale z sekundy na sekundę nasze siły okazywały się lepsze, mieliśmy przewagę. Widziałam każdego z mojej grupy, radzili sobie. Wciąż jednak brakowało dwóch osób. Cassie i jej strażnika. Może postanowili dołączyć do Tao? Może uznali, że im bardziej przyda się pomoc? Chwilę później zobaczyłam, jak Taeil patrzy za mnie i uśmiecha się z satysfakcją.
- Zostawcie ją, póki życie wam miłe. - Usłyszałam JJ i wiedziałam o kogo chodzi. Odwróciłam się spanikowana. To, co zobaczyłam, bardzo mnie zaskoczyło i nie wiedziałam, czy aby przypadkiem mi się nie przywidziało. Gisa stała sama, a nad jakimś chłopakiem pochylał się prawdziwy gryf z niebieskimi piórami na skrzydłach. Ale przecież widziałam już zwierzęcą postać JJ. Był motylem, dużo mniejszym, niż ten wielki stwór miażdżący gardło biedaka pod nim. W tym momencie usłyszałam krzyk bólu, na pewno nie był to głos kogoś z tego pokoju. Na czole pokazały mi się kropelki potu. Bałam się, że to ktoś od nas. W pomieszczeniu został tylko Taeil i jeden z jego ludzi, z resztą się rozprawiliśmy. Czas zadać ostatni cios. Czas zakończyć to raz na zawsze. W pół kroku zatrzymało mnie wejście Kory.
- Elie! - Zawołała rozpaczliwie, w jej oczach zobaczyłam wielki smutek, wiedziałam co się stało, ten krzyk... Błagam, nie!
- Wrócę tu po ciebie i zabiję cię w najbardziej brutalny sposób, na jaki tylko będzie mnie stać. - Odwróciłam się i ruszyłam za dziewczyną.
***
Biegliśmy przez korytarze w stronę wyjścia, chciałam znaleźć się tam jak najszybciej. Słyszałam za sobą kroki pozostałych z mojej grupy. Kiedy w końcu zobaczyłam na horyzoncie naszego vana, do moich uszu dobiegł płacz. Serce mi się ścisnęło. To nie mogło się stać. Nie... To wszystko przeze mnie!
- Co się stało? - Krzyknęłam, po czym zobaczyłam Lunę ze łzami w oczach. Siedziała na ziemi, obok niej bezwładnie leżał nieprzytomny U-Kwon, a ona gładziła jego włosy. Przód jego koszulki był cały czerwony a wokół niego tworzyła się coraz większa kałuża krwi.
- Ten cały Minho... chciał we mnie strzelić. - Zaczął Zelo z trudem. - On - spojrzał na przyjaciela - osłonił mnie i dostał. Ale nie stracił przytomności! Walczył dalej... - Popatrzył na mnie, a jego wzrok zatrzymał się na moim ramieniu i dziurze po naboju, zagryzł mocno wargi.
Luna uniosła głowę i chciała coś powiedzieć, ale widocznie głos uwiązł jej w gardle, bo tylko spojrzała na swojego strażnika, jakby z wyczekiwaniem.
- U-Kwon stracił dużo krwi. - Odezwał się nagle L. Wzrok nas wszystkich skierował się w jego stronę. - Jeden z tych sku...
- Nie przeklinaj. - Luna przerwała mu cicho, ale stanowczo.
- Jeden z ludzi Taeila - kontynuował bez mrugnięcia - zaatakował go czymś w rodzaju drzewnej... macki? Podczas kiedy pocisk nie spowodował większych obrażeń, atak żywiołem ziemi zwalił go z nóg. - Byłam zdziwiona, jak L może mówić nam o tym wszystkim z takim spokojem. Jego głos i oczy były zupełnie pozbawione emocji. - Luna twierdzi, że drewno było zatrute. - To ostatnie zdanie wypowiedział już ciszej, przenosząc wzrok z odległego, nieokreślonego punktu na nią.
- Jedźmy do domu, nic tu po nas. - Zadecydowałam.
Zapakowaliśmy się, przenosząc delikatnie rannego chłopaka. Gdy wsiedliśmy do samochodu i zobaczyłam puste miejsca, nagle mnie olśniło.
- Gdzie Cassie?
- Przecież była z wami. - Zapytałam ogólnie, ale odpowiedział mi V.
- Nie było jej. Myślałam, że dołączyła do was.
- Dlaczego by miała? - Zapytał zdziwiony Jimin. - Ustaliliśmy chyba, że ona i Taemin są w waszej grupie.
Na wspomnienie tego imienia Luhan poruszył się niespokojnie i odwrócił wzrok, udając, że widok za oknem jest bardzo interesujący.
- Prawdę mówiąc, nie widziałem ich od momentu kiedy weszliśmy do tego żałosnego ,,centrum dowodzenia''. - Do rozmowy przyłączył się Jackson, akcentując sarkastycznie ostatnie słowa.
- Zwiali. - Powiedział krótko i rzeczowo Mark. Jednocześnie zakończył tę dyskusję. Nie było już nic do dodania.
- Przez długi czas nie powinni nas nękać, zabiliśmy pięciu jego ludzi. - Rzucił Tao, kiedy ruszyliśmy. Reszta drogi minęła w zupełnej ciszy.
W domu położyliśmy U-Kwona u niego w pokoju, a ja zajęłam się jego ranami. Mój ojciec był lekarzem, więc mniej więcej wiedziałam, co mam zrobić, żeby chociaż trochę mu pomóc. Wysłałam Korę do miejskiego szpitala, żeby ukradła potrzebne mi rzeczy. Jednym z jej talentów jest niewidzialność, dlatego nadawała się do tego zadania najlepiej. Nie zajęło jej to dużo czasu, a kiedy już wróciła, przemyłam i odkaziłam rany... tak naprawdę, cała jego klatka piersiowa i brzuch, to była jedna wielka rana. Dałam mu też zastrzyk przeciwbólowy. Kazałam Korze przynieść ze szpitala igły chirurgiczne, bo sądziłam, że będę musiała szyć. Ale tam nie było co szyć. Nie mam pojęcia jak działa żywioł ziemi, bo mój, to ogień, ale to co widziałam było straszne. Nie sądziłam, że obrażenia po ataku ziemią mogą być tak poważne. Wyrzuciłam z pokoju wszystkich, nawet zdruzgotanego Zelo i zapłakaną Lunę, bo chciałam mieć spokój. Ale teraz, kiedy z bliska przyglądałam się U-Kwonowi, dotarło do mnie, że nie dam rady. Nie poradzę sobie z tym sama. Najgorsze było to, że nie mogliśmy oddać go w ręce profesjonalnych lekarzy, nie mogliśmy po prostu zawieźć go do szpitala. Oni nie umieliby mu pomóc. Co innego, gdyby chodziło tylko o ranę postrzałową... wystarczyłaby operacja, a z niewygodnymi pytaniami jakoś byśmy sobie poradzili. Ale to było coś więcej.
Zanim zabrałam się za oczyszczanie, widziałam tylko krew. Jednak teraz mogłam wyraźnie zobaczyć, skąd się jej tyle wzięło. Cały brzuch chłopaka pokrywały drobne, ale bardzo głębokie rany. Bez przerwy sączyła się z nich krew. Wśród nich była jedna, największa, to w niej pewnie tkwił nabój. Mogłabym go zabandażować, ale czy to by coś dało? Czułam, że jest tylko jedna osoba, która wie, co tu się stało i co należy zrobić.
***
Na dole, w salonie, gdzie wszyscy się zebrali, panowała cisza. Napięcie wisiało w powietrzu niczym mgła, było od niego aż gęsto. Brakowało tylko Taemina i Cassie, którzy wcześniej zniknęli bez wyjaśnienia, oraz Elie, która zajmowała się rannym U-Kwonem. Na szczęście oprócz niego nikt poważnie nie ucierpiał, jedynie Jimin trochę utykał na lewą nogę, dlatego zawsze opierał się na Marku lub Jacksonie, i Triss miała parę zadrapań. Pewnie dlatego, że nie posiadała strażnika i musiała radzić sobie sama. Od czasu powrotu, V nie odstępował jej na krok. Teraz usadowił się na ziemi obok jej fotela i przemywał jej dłonie wodą utlenioną.
Kanapę zajmowali Mark, Jimin, Jackson i Luna, natomiast na oparciach po obu stronach siedzieli Luhan i L. Na kolejnym fotelu półleżał Zelo, miał zamknięte oczy i mokre policzki. Nad nim pochylała się Gisa, obejmowała chłopaka od tyłu, co chwilę wycierając swoim rękawem jego łzy. W rogu pokoju stał JJ z założonymi rękami. Patrzył w nieokreślony punkt, od czasu do czasu tylko zerkał na swoją podopieczną. Nie musiał się jej przyglądać, i tak wiedział co myśli i czuje.
W drzwiach do kuchni stali Tao z Korą, szeptali coś do siebie, a właściwie tylko ona do niego, bo wszystko, co chciałby jej powiedzieć, dziewczyna słyszała w swojej głowie.
Jackson widocznie nie mógł znieść tej niepewności i głuchej ciszy, bo wciąż się wiercił. Czuł się nieswojo, kiedy nikt nic nie mówił. Przywykł do hałasu i gwaru. Nie wytrzymał wreszcie. Westchnął głośno, uniósł głowę i odezwał się pierwszy.
- Myślicie że on przeżyje?
Na te słowa Zelo i Luna zerwali się raptownie. Chłopak siedział teraz sztywno wyprostowany z szeroko otwartymi oczami. Blondynka zaś odsunęła twarz od swoich kolan, które obejmowała rękami, i zmierzyła Jacksona wrogim spojrzeniem. Pozostali siedzieli bez ruchu, oniemiali, nikt nawet nie pomyślał, żeby mu odpowiedzieć.
L musiał usłyszeć myśli Luny, bo zerknął na nią z ukosa, po czym wrócił spojrzeniem przed siebie, przymknął na chwilę oczy i wydał odgłos irytacji. Wyciągnął rękę w bok, nie wysilając się zbytnio, bo przecież siedział wyżej, i bez uprzedzenia uderzył Jacksona w tył głowy.
- Ałaa... Za co to?! - Ten wykrzyknął z wyrzutem.
- Debil. - Mruknął pod nosem L, chowając ręce z powrotem do kieszeni.
Jackson już otwierał buzię, żeby odpowiedzieć na tę obelgę, ale przerwało mu niespodziewane zachowanie Luhana. Zerwał się na równe nogi jak oparzony, rozejrzał się po pokoju, wbił nieobecny wzrok w sufit, a potem skierował go na Lunę, na co ta, zaskoczona, zmarszczyła brwi. Podszedł do niej, złapał za nadgarstek i niemal zerwał ją z kanapy, tak że prawie się wywróciła. Nic nie mówiąc, ruszył po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowaną dziewczynę. W połowie drogi odwróciła się i rzuciła pytające spojrzenie swojemu strażnikowi, ale on tylko wzruszył ramionami.
Bez sprzeciwu maszerowała za nim, wpatrując się w jego plecy. Domyślała się dokąd ją prowadzi, nie wiedziała tylko po co. Luhan nie zatrzymał się przed drzwiami nawet na chwilę, otworzył je od razu i wpadł do pokoju z impetem. Wciąż nie puszczając Luny, wyciągnął dziewczynę zza siebie i wysunął jej rękę do przodu, jakby chciał ją komuś wręczyć.
- Proszę, przyprowadziłem ci ją. Myślałaś o tym. - Powiedział.
Znajdowali się w pokoju U-Kwona. Leżał na łóżku nieprzytomny, nie miał na sobie koszulki. Luna do tej pory widziała tylko jego zakrwawione ubranie, i samo to wywoływało u niej płacz; teraz, kiedy patrzyła na obrażenia na jego torsie, jedyną emocją widoczną na jej twarzy był czysty szok.
Przed nimi stała Elie, choć nie płakała, jej oczy ukazywały głęboki smutek i beznadzieję. Drżące dłonie i spuszczony wzrok nie wróżyły nic dobrego.
- Dziękuję. - Zaczęła. - Lulu, posłuchaj... - Przerwała, widząc, że oboje na nią spojrzeli. - To znaczy, ty Lulu - zwróciła się do blondynki - nie ty Lulu - to powiedziała do chłopaka.
Luhan uśmiechnął się ze zrozumieniem. Skinął głową, puścił dziewczynę stojącą obok niego i wyszedł z pokoju, cicho zamykając drzwi.
- Co tam się stało? - Elie zapytała od razu. - Jego brzuch... wygląda jak podziurawiony dziesiątkami, nawet setkami igieł. Jak można zrobić coś takiego ziemią?
- Normalnie. - Luna odpowiedziała szybko. - Nie ma czasu na wyjaśnienia. Mówiłaś, że twój tata jest... był lekarzem, i że wiesz co trzeba robić. - Zerknęła na U-Kwona. - Dasz radę mu pomóc?
Elie przełknęła głośno ślinę, nie wiedziała co powiedzieć. A nawet jeśliby wiedziała, to nie miała pojęcia jak to ubrać w słowa. ,,Przepraszam, ale nie dam rady''? ,,Myliłam się''? ,,Nie wiem jak go ratować, bo nie wiem co mu jest''?
- Nie. - Odpowiedziała krótko i zwięźle. To nie był odpowiedni moment, żeby się rozwlekać.
Luna uniosła kącik ust i przymknęła oczy. Elie pomyślała, jak bardzo w tym momencie przypomina swojego strażnika. Nie chodziło o wygląd, raczej o wyrażanie emocji; choć trzeba przyznać, że mimo tak charakterystycznego dla nich cynizmu, dziewczyna była bardzo uczuciowa, w porównaniu do wiecznie chłodnego L.
- Tak myślałam. - Nazbyt spokojny ton Luny był tylko przykrywką i Elie doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Niby miałam nadzieję, że wiesz z czym masz do czynienia, ale jednak obawiałam się, że medycyna tu nie pomoże. Jak widać, słusznie.
Wyższa z dziewcząt nie wytrzymała presji, ugięły się pod nią nogi. Opadła ciężko na łóżko i ukryła twarz w dłoniach.
- Przepraszam. - Wychlipała. - Nie miałam pojęcia, że to się tak skończy. Nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie...
- Skończy? - Luna prawie krzyknęła. Cały jej spokój nagle zniknął. - Wstań. Weź się w garść. Nie płacz. - Wydawało się, jakby chwila rozłąki z L wystarczyła, żeby wróciły do niej emocje. Jej głos był teraz przepełniony złością, smutkiem, zrozumieniem, nadzieją... Wszystkim naraz. Elie spojrzała na nią zdziwiona. - Jest sposób, żeby go uratować. Chyba. Tak sądzę...
- Co... - Zaczęła Elie, ale nie dane było jej skończyć.
- Nic. - Ucięła Luna. - Nie ma czasu. Wszystko wszystkim wyjaśnię, ale później. Biegnij na dół i przyprowadź mi energię.
W pokoju zapadła cisza. Luna uklękła przy łóżku i podwinęła rękawy, natomiast Elie wstała, ale, niepewna, nie ruszyła się o krok.
- Szybko! - Dodała blondynka, widząc jej wahanie.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, żeby odpędzić łzy i oprzytomnieć, i wypadła z pokoju. Popędziła na dół najprędzej jak umiała. W salonie znalazła się w mgnieniu oka, od razu wyszukując wzrokiem Gisę. Siedziała na oparciu fotela, na którym był Zelo. Trzymała jego rękę w swoich dłoniach. Elie pomyślała, że nigdy przedtem nie widziała go w takim stanie. Uosobienie rozpaczy. Kiedy biegła po schodach i wpadła do salonu, narobiła trochę hałasu. Skierowała tym na siebie wszystkie spojrzenia, ale Zelo nawet nie mrugnął. Wyglądałby jakby spał, gdyby nie łzy bez ustanku płynące po policzkach. Poczucie winy uderzyło ją nagle. Zabiłam mu przyjaciela, przemknęło jej przez myśl. Zarówno ją jak i Luhana zaskoczyła dosadność tych słów. Niestety, z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej realne.
- Musisz iść ze mną. - Elie próbowała mówić stanowczo, żeby zatuszować drżenie głosu po płaczu. Patrzyła prosto przed siebie, czekając, aż jej oczy spotkają się z niebieskimi, Gisy. Dziewczyna już unosiła głowę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie chodzi o nią, kiedy w pokoju rozbrzmiał nowy głos.
- Tak Tao. - L wstał ze swojego wcześniejszego miejsca. - Musisz iść z nią. - Odwrócił się i stał teraz naprzeciwko niego i Elie. Oboje wpatrywali się w chłopaka zaskoczeni.
- Ja? - Spytał Tao.
- On? - Zawtórowała mu Kora.
- Ale... - Elie zaczęła, ale L mrugnął do niej i ledwo zauważalnie pokręcił głową, czym powstrzymał ją od dalszego mówienia.
- Co się dzieje? - Zza oparcia kanapy wysunął się Mark. Powiedział na głos to, co chodziło po głowie wszystkim.
- Luna bawi się w cudotwórcę. - L stał tyłem do niego (a zarazem do całej reszty, oprócz Tao i Elie). - Ale nie radzę pokładać w tym nadziei. - Dopiero teraz obejrzał się za siebie. - Cudów nie ma.
W tym momencie Zelo gwałtownie zerwał się z fotela, wyrywając jednocześnie rękę z uścisku Gisy. Miał znów otwarte oczy. Niektórym wydawało się, że podejdzie do L i go uderzy, ale on tylko wymaszerował z pokoju prosto do drzwi frontowych i wychodząc trzasnął nimi tak, że aż wszystko się zatrzęsło. Dziewczyna, która przed chwilą ściskała jego dłoń, natychmiast za nim pobiegła. JJ nadal stał w tym samym miejscu z założonymi rękami, ale teraz spuścił wzrok i westchnął z rezygnacją.
Tao miał dość tego wszystkiego, wyminął najpierw L, potem Elie (choć przechodząc koło niej rzucił jej czułe spojrzenie i musnął jej dłoń), żeby znaleźć się na schodach, i energicznym krokiem ruszył na piętro. L, wciąż trzymając ręce w kieszeniach, niespiesznie podążył za nim.
Pozostali patrzyli po sobie pytająco, ale każdy wzruszał ramionami, bo przecież nikt nic nie wiedział. W końcu skupili się na jedynej osobie, która mogła mieć jakieś informacje. Elie.
- Nie idziesz z nimi? - Kora spytała jej, opierając się o framugę drzwi.
- Nie. Ale ty powinnaś. - Odpowiedziała stanowczo. Kora przyłożyła dłoń do piersi, jako niewerbalne ,,Ja?''. - Tu nie chodzi o Tao, tylko o jego moc. Jest silniejsza, kiedy jesteś przy nim. - Mówiła głosem nieznoszącym sprzeciwu, chyba złość, czy to na siebie, czy całą tą sytuację, przejęła nad nią kontrolę. Dziewczyna skinęła głową i pobiegła na górę.
***
Kiedy Elie wyszła z pokoju U-Kwona, Luna została z nim sam na sam. To nic, że był nieprzytomny, dziewczyna lubiła każdą chwilę z nim spędzoną, nawet kiedy nie mógł jej zobaczyć ani usłyszeć. Oczywiście mogła zrobić to, co Elie, czyli poprosić w myślach L, żeby przyprowadził kogo trzeba. Byłoby szybciej. Ale ona kierowała się w tym momencie impulsem, emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem. Potrzebowała chwili samotności. Człowiek, który cierpi, potrzebuje pocieszenia. Ale człowiek, którego uczucia czynią słowo ,,cierpieć'' śmiesznym niedopowiedzeniem, może odnaleźć się tylko w samotności. U-Kwon leżał bez ruchu, wyglądał jakby spał. Ale wystarczyło spuścić wzrok z jego twarzy na klatkę piersiową, żeby uświadomić sobie, że wcale nie spał. On umierał.
Luna siedziała na ziemi przy łóżku, złapała jego chłodną rękę w swoje i schowała głowę w ramiona. Nie lubiła płakać przy ludziach, uważała to za oznakę słabości. W kryjówce Taeila, kiedy zobaczyła jak U-Kwon został zaatakowany jedną z najniebezpieczniejszych technik ziemi, bezmyślnie rzuciła się na napastnika, mimo że jej specjalnością była walka z dystansu, a nie bezpośrednia. Na szczęście nie dotarła do niego, bo L w porę złapał ją mocno i nie puścił, dopóki nie wyszli na zewnątrz. Tylko ona wiedziała co się stało i czym to grozi. Pozostali zorientowali się, że coś jest nie tak dopiero po chwili, kiedy U-Kwon padł na ziemię. Widziała jak Zelo i V wynoszą go stamtąd. I wtedy pękła. Rozpłakała się, wyrwała swojemu strażnikowi (który musiał sam ją puścić, bo inaczej nie dałaby rady) i pobiegła w stronę rannego, żeby jak najszybciej się przy nim znaleźć. Było jej wtedy wszystko jedno, czy ktoś na nią patrzy czy nie.
Jednak teraz, kiedy byli sami, płakała bez skrępowania, łzy poleciały same. Nie chciała dopuścić do siebie tej myśli, ale podświadomie wiedziała, że to może być ostatni raz. Miała mu jeszcze tyle do powiedzenia...
Usłyszała kroki na schodach, więc szybko wytarła oczy rąbkiem koszulki, podniosła się i usiadła na łóżku. Przyjrzała się uważnie, leżącemu na nim chłopakowi. Znajoma twarz wydawała się teraz tak obca. Brakowało tej wiecznej radości, która potrafiła rozbroić każdego. Dziewczyna uśmiechnęła się na to wspomnienie.
- Straszny z ciebie głupek. - Powiedziała cicho, jako ostatnie słowa pożegnania.
***
Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Tao, po nim L spacerowym krokiem, a zaraz za nimi wpadła zdyszana Kora, widocznie musiała biec. Pierwszy chłopak stanął po drugiej stronie łóżka i patrzył na U-Kwona szerokimi ze zdziwienia oczami.
- Wygląda jak w gorączce. - Powiedział smutnym głosem.
- Ma gorączkę. I coraz mniej krwi. To nie ustanie, dopóki mu nie pomożemy. - Mówiąc ,,to'', Luna wskazała wzrokiem jego klatkę piersiową. Była pokryta niezliczoną ilością drobnych ran, które nawet na chwilę nie przestawały krwawić. - Gdyby...
- ... był człowiekiem, już by nie żył. - L dokończył jej myśl, wyczuwając chyba, że sama nie da rady. - Ale nie jest, podobnie jak ja, więc ma jeszcze trochę czasu. - To, zdaje się, dodał już od siebie.
- Co zamierzasz zrobić? - Wysapała Kora opierając się o klamkę.
- Widzicie te kropki? - Opuszkami palców dotknęła skóry U-Kwona. - W każdej z nich kryje się drzazga. Niektóre są grube jak gwoździe, inne cienkie jak szpilki. Drewno jest zatrute. Ta substancja hamuje proces krzepnięcia krwi i wywołuje chorobę właściwą tylko istotom z ich planety.
- Słyszałam o tym. - Mruknęła strażniczka Tao, już ze spokojniejszym oddechem. - Ale tej techniki się prawie nie używa.
- Bo jest niemal niemożliwa do wykonania.
Równie niemożliwe jest przeżycie takiego ataku, pomyślał ponuro L, wdzięczny, że telepatia między nimi nie działa w obie strony.
- Jeżeli uda mi się wyciągnąć te drzazgi, to krew znów zacznie krzepnąć. - Luna kontynuowała wypowiedź. - A jeśli zrobię to odpowiednio wcześnie, to może nie dojdzie do rozprzestrzenienia trucizny.
Już doszło, nie widzisz że ma gorączkę? L nie powiedział tego na głos, nadzieja mogła być jedyną rzeczą jaka jej została, a on za wszelką cenę nie chciał jej skrzywdzić.
- Twoja rola jest bardzo ważna. - Zwróciła się do Tao, dalej tłumacząc swój plan. - Bez energii nic nie zrobię. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będziesz jak elektrowstrząsy w szpitalu. Tylko naturalne. - Uśmiechnęła się do niego słabo, co chłopak odwzajemnił. - Musisz też wzmocnić mój żywioł, zadbasz o odpowiedni przepływ energii, dzięki czemu będę mogła zlokalizować drewno pośród tkanek i wyciągnąć je tą samą drogą, którą tam trafiło.
,,Jeśli nie uszkodzisz mu żadnego narządu, to przez tydzień będę tylko wiewiórką. A jeśli uszkodzisz, to koniec, po nim. Niestety, to drugie jest bardziej prawdopodobne.'', L pokręcił głową pogrążony we własnych myślach.
- Nie wolno nam uszkodzić żadnego narządu. - Usłyszał i raptownie uniósł wzrok. Czyżby się mylił co do obustronności ich telepatii? Luna wciąż patrzyła na Tao, a on ze zrozumieniem kiwał głową. L odetchnął z ulgą, to był tylko przypadek. Cóż - uśmiechnął się sam do siebie - podobno wielkie umysły myślą razem.
Na łóżku, obok U-Kwona leżały bandaże i mnóstwo gazy, wszystko zakrwawione. Tak samo jak pościel. Kora zamknęła drzwi, na których się wcześniej opierała i podeszła do szafy. Wyciągnęła z niej wszystkie ręczniki jakie znalazła, było ich dużo, ale oceniając stan chłopaka pomyślała, że to i tak niewystarczająco. W życiu nie widziała naraz tyle krwi.
W tym samym czasie Tao próbował połączyć swoją energię z ziemią Luny. Ta technika jest często wykorzystywana podczas walki, ale ma to sens tylko wtedy, kiedy osobom ją wykonującym nawiązanie połączenia zajmuje moment. Jednak żeby to osiągnąć, potrzeba wiele wspólnych prób i treningów. Jeśli wojownicy łączą się ze sobą po raz pierwszy, wymaga to czasu i skupienia. Luna wstała i znajdowała się teraz naprzeciwko chłopaka. Oboje mieli zamknięte oczy, ale ona dodatkowo zasłoniła je dłońmi. Tao natomiast delikatnie uciskał skronie.
L stał z założonymi rękami, opierając się o ścianę. Głowę miał przekrzywioną a spojrzenie chłodne. Nie lubił U-Kwona. Od samego początku. Ale kochał Lunę ponad wszystko i wiedział, że jeśli on umrze, razem z nim umrze mały fragment jej duszy, który mu oddała. I to był jedyny powód, dla którego wolał, żeby ten pajac jednak przeżył.
Kora właśnie kładła ręczniki na łóżku, kiedy Tao gwałtownie otworzył oczy, zaraz po nim Luna. Wyglądało to tak, jakby nagle obudzili się ze snu.
- Czujesz? - Zapytał.
- Chyba tak. - Odpowiedziała, nie do końca jeszcze oswojona z nowym doświadczeniem. - Tak mi dziwnie... inaczej.
- Mi też. - Tao uśmiechnął się pokrzepiająco. - Tak ma być. - Mówiąc to, wyciągnął ręce przed siebie i uniósł je na wysokość kilku centymetrów nad klatką piersiową U-Kwona.
Luna zrobiła to samo, jednak troszkę niżej. Próbowała skoncentrować się na strukturze jego ciała. Tak naprawdę mogłaby robić to nie patrząc. Musiała się opierać na tym, co czuje, nie na tym, co widzi. Korzystała z szóstego zmysłu, ze swojej mocy. Odbieranie przez nią bodźców znalazło się teraz na zupełnie innym poziomie, a to, w jaki sposób postrzegała ciało U-Kwona, było porównywalne do USG. Tylko w trójwymiarze. Trochę tak, jakby mogła dotknąć każdej jego tkanki i przejrzeć ją na wylot. Pomyślała, że wszyscy przyszli lekarze powinni uczyć się w ten sposób anatomii, na co L zaśmiał się cicho.
Dzięki Tao potrafiła odróżnić drewno od ciała. Komórki roślinne od zwierzęcych. Tych pierwszych było tyle, że zajęło jej chwilę, zanim zlokalizowała jedną, konkretną drzazgę. Skupiła się na niej. ,,Widziała'' nad nią pustą przestrzeń, poszarpane warstwy tkanek. To tamtędy musiała ją wydostać. I dokładnie tamtędy, żeby nie zrobić U-Kwonowi większej krzywdy ani nie rozprzestrzeniać trucizny. Zacisnęła powieki i przywołała do siebie całą swoją siłę. Oczywiście umysłu.
Usłyszała, że Kora gwałtownie wciąga powietrze. Otworzyła oczy i zobaczyła, że dziewczyna siedzi przy poduszce i trzyma dłoń na mokrym czole U-Kwona. Z rozchylonymi ustami patrzyła na jego brzuch. Luna uniosła brwi i skierowała wzrok w to samo miejsce. Udało się? Naprawdę? Zdała sobie sprawę, że sama nie do końca w to wierzyła. Ale teraz, widząc mały kawałek drewna pod swoimi rękami, wystający lekko spod skóry chłopaka, poczuła przypływ jeszcze większej determinacji. Na nowo wstąpiła w nią nadzieja. Teraz już musiała skończyć to, co zaczęła. Miała moc, którą mogła uratować czyjeś życie. I to nie przypadkowe. To życie należało do samego Kim Yu Kwona, a zatem po części również do niej, i choć do tej pory miała wrażenie że coraz bardziej jej ucieka, pomyślała, że chyba właśnie zawróciło.
Tao ujął w palce drobną drzazgę i odłożył ją na szafkę obok łóżka. Wziął głęboki oddech i popatrzył na Lunę. Nie odezwał się, ale wszystko co chciał powiedzieć doskonale wyraził w swoim spojrzeniu. Posłał jej delikatny uśmiech i skinął głową.
Lunie nie trzeba było więcej, od razu przymknęła oczy i skupiła się na kolejnym odłamku drewna. Zastanawiała się, co L sądzi o tym wszystkim. Zawsze był z nią, zawsze po jej stronie. Czasem nie mówił nic, a czasem aż za dużo i ranił wtedy ludzi. Ale w stosunku do niej nigdy się tak nie zachowywał. Rozmawiał z nią najzwyczajniej w świecie, śmiał się przy niej, wygłupiał, złościł, smucił. Znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to wcale nie jest tak, że on udaje przy innych. On naprawdę taki był. Chłodny. Po prostu ona była wyjątkiem. Nie rozumiała tego do końca, ale była za to wdzięczna. Choć niekiedy żałowała, że nie może poznać jego myśli. I w tym momencie zdała sobie sprawę, że on zna jej.
Już odwracała głowę żeby na niego zerknąć, kiedy poczuła nagłe zachwianie energii. Szybko zlustrowała brzuch U-Kwona, z zadowoleniem dostrzegając kolejną wyciągniętą drzazgę, i wróciła wzrokiem do Tao. Rozchylił usta i zmarszczył brwi, a za chwilę szerzej otworzył oczy, co dało obraz zaskoczenia, zmieszania i przerażenia w jednym.
- Co się stało? - Zapytała szybko Luna.
Z trudem na nią spojrzał.
- Ja... nie czuję... bo on... - Tao jąkał się, jakby zapomniał jak mówić. Chociaż może w końcu wykrztusiłby z siebie to, co chciał powiedzieć, gdyby Kora nie poderwała się z miejsca i nie wykrzyczała tego spanikowana.
- On nie oddycha!
_________________________________________
A w końcu! :p
Niektórzy może wiedzą, ale w czasie pisania tego rozdziału przeżywałam trudny okres :P
Jestem osobą nieradzącą sobie z własnymi emocjami i bardzo często wpadam w silną depresję. Ale dzięki przyjaciołom wszystko da się pokonać <3
Powoli widać już koniec opowiadania. Pozmieniałam plany i wróciłam do pierwowzoru, czyli krótkiego opowiadania. Nie chcę przeciągać, bo wiem, że mi to wtedy nie wyjdzie.
Uprzedzam, że jak skończę to opowiadanie, chciałabym wstawić kolejne (które ma już zapisanych sześć stron).
Co to będzie… hmmm… Będzie miało trzy, może cztery części, będzie o jednym zespole i nie będzie to fantasy :P Chcę spróbować i sprawdzić, czy wyjdzie mi napisanie czegoś takiego. :)
Pozdrawiam, Elie
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Okej, dobra, przyznaję - to moja wina. Wiem, że ten rozdział miał tu być już jakiś czas temu, ale jest dzisiaj. Mógł być później, ale jako że mamy weekend, to posiedziałam sobie w nocy. A co mi tam ; ) Chcę też powiedzieć, że przez całe następne opowiadanie będę się puszyć z zazdrości, bo główny bohater to... hahah, niespodzianka :D (w każdym razie nikt stąd)
Luna
wtorek, 23 września 2014
Recenzja - Tokyo Ghoul
Dawno nie było żadnej recenzji ;)
"Opowieść ta ma miejsce w Tokio nękanym przez tajemnicze, pożerające ludzi „ghoule”. Wśród ludzi szerzy się panika, jako że prawdziwe tożsamości wspomnianych potworów ciągle pozostają tajemnicą. Kaneki, zwyczajny student college’u, w kawiarence, którą często odwiedza spotyka Rize, dziewczynę podzielającą jego entuzjazm do książek. Chłopak nie zdaje sobie sprawy, że najbliższej nocy jego życie i przyszłość ulegną diametralnej zmianie."
"Opowieść ta ma miejsce w Tokio nękanym przez tajemnicze, pożerające ludzi „ghoule”. Wśród ludzi szerzy się panika, jako że prawdziwe tożsamości wspomnianych potworów ciągle pozostają tajemnicą. Kaneki, zwyczajny student college’u, w kawiarence, którą często odwiedza spotyka Rize, dziewczynę podzielającą jego entuzjazm do książek. Chłopak nie zdaje sobie sprawy, że najbliższej nocy jego życie i przyszłość ulegną diametralnej zmianie."
Telst skopiowany z AnimeZone.pl
Ilość odcinków: 12
Opening : Tokyo Ghoul - Unravel
Anime, które skradło moje serce!
Przygodę z Tokyo Ghoul zaczęłam w dzień dodania pierwszego rozdziału na Centrum-Mangi.pl , i już wtedy wiedziałam że to będzie COŚ!
Kiedy dowiedziałam się, że powstanie anime na podstawie tej mangi, więcej nic mi do szczęścia nie było potrzebne. Trailery oglądałam z zapartym tchem, fan arty odbierały mi mowę i nie mogłam się powstrzymać przed ściąganiem ich.
Wyczekiwany pierwszy odcinek oglądałam z rodzicami. Uparłam się, by oglądać go na wilekim ekranie, więc podłączyłam swój wspaniały komputer do telewizora i oglądałam. Rodzice patrzyli na mnie jak na wariatkę. To anime jest z gatunku gore i wszędzie leje się krew, choć moi rodzice są przyzwyczajeni, że lubię bardzo dziwne rzeczy, to chyba nie spodziewali się zobaczyć mnie oglądającą coś takiego :p
Postacie jak dla mnie są idealne i ciekawe.
Kaneki jest zwykłym chłopakiem, który pojawił się w złym miejscu i o złej porze, zakochując się w potworze. Osoba, która od pierwszego odcinka zadziwia wytrwałością i silną wolą. Woli głodować i nawet poświęcić życie, żeby tylko nie stać się jednym z ghouli. Ma dobre serce i wszystkicm chce pomagać, jednocześnie zaciekle walcząc ze swoją nową, złą naturą.
W openingu można zobaczyć Kanekiego w białych włosach i czekałam na ten moment z sercem w gardle. Jak się w końcu doczekałam, to dostałam 2-3 minuty. Dla mnie stanowczo za mało! Zawsze marzyłam, żeby wykreować TAKĄ postać.
W openingu można zobaczyć Kanekiego w białych włosach i czekałam na ten moment z sercem w gardle. Jak się w końcu doczekałam, to dostałam 2-3 minuty. Dla mnie stanowczo za mało! Zawsze marzyłam, żeby wykreować TAKĄ postać.
Mogłabym rozpisywać się i rozpisywać na temat tego wspaniałego pod każdym względem anime, ale obiecałam sobie, że recenzje będą zwięzłe :p
Czas na ocenę!
Kreska : 10
Fabuła : 9
Postacie : 9
Ocena końcowa : 9
________________________
Rozdział już się pisze i jak tylko wyślę go do mojej wspaniałej Bety, powiadomię wszystkich na Twitterze - dlatego zapraszam do bycia na bieżąco ;)
sobota, 20 września 2014
Rozdział 7
Myślałam, że najgorszą rzeczą jest stracić rodziców, lecz gorszą jest pogodzić się z ich odejściem. Nie żyję już złudzeniem, że gdzieś są i czekają aż wrócę z wypoczynku. Tydzień po wypadku skontaktował się ze mną wujek, powiedział kiedy odbędzie się pogrzeb i poprosił, żebym nie wracała do domu przed tym. I tak nie mogłabym wrócić. Jutro właśnie jest ten dzień. Pojadę, to na pewno, ale nie chcę przechodzić przez to na nowo, nie chcę czuć tej samotności. Luhan oczywiście pojedzie ze mną, przecież wie kiedy i gdzie to będzie, bo słyszy moje myśli. Ale chciałabym żeby był tam z nami ktoś jeszcze. Moje pierwsze myśli skierowały się do Triss. Od czasu jej przyjazdu jesteśmy praktycznie nie rozłączne, w wielu rzeczach jesteśmy takie same, przez co dogadujemy się jeszcze lepiej. Dziewczyna zgodziła się od razu. Jednak jest jeszcze jedna osoba, którą bardzo chciałabym mieć przy sobie w czasie tej uroczystości, ale w życiu się do tego nie przyznam. Mianowicie, Tao. Za każdym razem kiedy próbuję go o to poprosić, otwieram usta jak ryba bez wody, ale nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Lulu wtedy zaczyna się śmiać, a ja cała się czerwienię i oczywiście w końcu nic z tego nie wychodzi. Dziś mam ostatnią szansę, bo wieczorem musimy wyjechać. Zobaczyłam jak chłopak idzie w stronę swojego pokoju, więc pomyślałam ,,teraz, albo wcale''. Zerwałam się z kanapy i poszłam za nim. Kiedy byliśmy już na piętrze, udało mi się odezwać.
- Tao. - Zaczęłam. - Mogę cię o coś prosić? - Byłam bardzo dumna z siebie i swojego pewnego głosu.
- Oczywiście. Cokolwiek zechcesz. - Odpowiedział.
- Dobrze, w takim razie... czy mógłbyś pojechać ze mną na pogrzeb moich rodziców? - Tego się chyba nie spodziewał, bo mina lekko mu zrzedła.
- Nie ma sprawy. - Powiedział po chwili i rzucił mi pocieszające spojrzenie. - Kiedy jedziemy?
- Wieczorem.
Postanowiłam, że nie będę nic ze sobą brać, pogrzeb będzie w moim rodzinnym mieście i miałam zamiar zatrzymać się na ten czas w swoim domu, więc tam się przebiorę. Luna z Gisą obiecały, że zapewnią tym, którzy zostali, bezpieczeństwo. To naprawdę wspaniale, że te dwie tak się zaprzyjaźniły, aż miło patrzeć. JJ także szybko się zaaklimatyzował i często można było zobaczyć go z Luhanem w kuchni, przyrządzjących posiłki, kiedy Taemin siedział w swoim pokoju zachowując się jakby był w ciąży, wieczne zmiany nastroju i fochy. No ale najwyraźniej przechodzi okres buntu. Lulu mówi, że relacje między nimi są coraz gorsze. Młodszy zarzuca mu, że ten go nigdy nie kochał i przez niego nie może znaleźć teraz szczęścia. Oni razem wyglądali tak uroczo i wspaniale jak nikt inny, a teraz, kiedy widzę jak Luhan przez niego cierpi, robi mi się szkoda ich obydwu.
****
Gotowi do drogi zapakowaliśmy się do vana Zelo, za kierownicą usiadł Luhan, nawet nie chcę wiedzieć skąd ma prawo jazdy, a na miejscu pasażera Tao. Triss siedziała z tyłu, więc ulokowałam się koło niej z zamiarem przespania się na jej ramieniu. Nie mogły mnie opuścić myśli, że wracam do domu, pustego, cichego i już tylko mojego. To było przerażające. W końcu po długim myśleniu udało mi się usnąć.
Obudziłam się już w mieście gdzie mieszkałam, było bardzo ciemno, więc zakładam że jechaliśmy całkiem długo. Mijaliśmy miejsca, z którymi wiązały się moje wspomnienia, dzieciństwo i, jak kiedyś myślałam, przyszłość. Luhan jechał nie patrząc nawet na plan miasta, spędził tu razem ze mną trichę czasu, zatem wiedział gdzie zajduje się mój dom. Kątem oka zobaczyłam znajomy budynek, więc odwróciłam głowę w tamtą stronę. Moja szkoła, przyjaciele, których zostawiłam bez słowa wyjaśnienia i miejsce, gdzie poznałam Tao. Przez to wspomnienie na moich policzkach pokazały się lekkie rumieńce, a w lusterku zobaczyłam roześmiane oczy mojego strażnika, na co pokazałam mu język. Czyli zostało raptem kilka minut zanim staniemy przed moim domem.
Wyglądał tak, jak przed moim wyjazdem, kwiaty na parapetach, zasłony w kolorze dojrzałych brzoskwiń, nienawidziłam pomarańczowego i jego pochodnych, ale moja mama twierdziła że to dobry kolor do okien, bo zawsze wydaje się jakby świeciło słońce, uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Wysiedliśmy z auta, a ja poczułam jak o moją nogę coś się ociera, spojrzałam w dół i ucieszyłam się, widząc Luhana w postaci psa. Otworzyłam drzwi i wpuściłam wszystkich do środka. Pachniało tam jak zwykle, korytarzem od razu skierowałam się do kuchni. Nawet jak rodzice jeszcze żyli, przez cały tydzień nie było ich w domu, bo praca zajmowała im większość czasu, tylko weekendy były czymś wyjątkowym i każdy spędzaliśmy razem. Otworzyłam lodówkę i, tak jak się spodziewałam, w środku nie było nic innego niż ketchup, majonez i musztarda, uśmiechnęłam się pod nosem. Następnie zajrzałam do zamrażalnika, tam wybór był ogromny, chwyciłam pierwsze z brzegu cztery pudełka z obiadem i wsadziłam do piekarnika. Spojrzałam w stronę salonu, na kanapie leżał Lu, koło niego siedziała Triss i oglądała jakby nigdy nic telewizję. Rozejrzałam się po pokoju i dopiero zatrzymując wzrok na moim ulubionym fotelu zobaczyłam, że to, co wcześniej wzięłam za bagaże, tak naparawdę było leżącym, czy raczej śpiącym chłopakiem. Piekarnik cicho zadzwonił, oznajmiając, że jedzenie jest już gotowe. Zaniosłam do salonu sztućce i porcję dla każdego. Zaśmiałam się, kiedy zobaczyłam co akurat wybrałam. Pierogi ruskie, lazania, schabowy i ziemniaki, oraz spaghetti.
- Tao, wstawaj. - Potrząsnęłam śpiącym chłopakiem. - Zrobiłam obiad. - Pomruczał coś pod nosem, ale otworzył oczy. - Wybierzcie sobie coś. - Powiedziałam do obecnych, sama chwytając porcję z kotletem. Co jak co, ale mięso zawsze dobrze wpływa na człowieka. Srebrnowłosa, widząc w lazanii szpinak, praktycznie ze śliną lecącą po brodzie, zaczęła jeść. Lulu znowu był człowiekiem, kiedy zajadał się ze smakiem spaghetti, za to Tao najpierw dokładnie pooglądał pierogi z każdej strony, potem nachylił się, powąchał i chyba nie znalazł nic, co by go odrzuciło, bo włożył sobie całego do ust i przeżuwał dokładnie, po przełknięciu jego oczy rozbłysły i zaczął pochłaniać resztę w niemożliwym tempie. Chciało mi się śmiać na ten widok, był taki uroczy. Jedliśmy w ciszy, wszyscy wgapieni w telewizor, leciały jakieś wiadomości. W pewnym momencie Triss, ni stąd ni zowąd, zaczęła się śmiać. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam w ekran. Stało tam małżeństwo wyglądające na smutne, ale bardziej się przyglądając, zauważyłam w tym pewną obłudę.
Państwo Hunt, niedługo kolejna gala na rzecz dzieci chorych i ofiar przemocy domowej. Są państwo jednymi z najbardziej szczodrych ludzi, miesięcznie przekazujecie na konto fundacji ponad 5 tysięcy złotych, to naprawdę dużo i dzięki temu wiele dzieci poprawiło swoje warunki życia. - Prezenterka przedstawiła sytuację.
Cieszymy się z mężem, że możemy pomagać, nam też w życiu przytrafiło się coś przykrego, przez co niestety jedno z naszych dzieci nie przeżyło, chcemy żeby teraz takie rzeczy nie miały miejsca. - Wymuszony uśmiech zagościł na twarzy kobiety.
- Śmieszni są, prawda? - Triss wskazała widelcem na telewizor. - To moi rodzice. Teraz tacy kochani, wielcy przeciwnicy przemocy domowej, a mnie katują od zawsze. - Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Po kolacji pokazałam, kto gdzie będzie spać, dziewczyna dostała pokój gościnny, a Tao kanapę w salonie. Mieliśmy jeszcze kilka godzin odpoczynku przed jutrzejszym dniem. Wraz z Luhanem poszłam do siebie, podeszłam do szafy i wyciągnęłam piżamę. Byłam już naprawdę zmęczona i nawet taka prosta czynność jak pójście do łazienki i przebranie się, było poza moim możliwościami. Zrzuciłam z siebie ubrania i szybko włożyłam przygotowaną wcześniej piżamę. Łóżko, tak dawno nie spędziłam nocy we własnym łóżku. Na czworaka doszłam do swojej połowy i tam opadłam na poduszki, przekręciłam głowę w stronę drugiej połówki łóżka i zobaczyłam wpatrzone w moje oczy złote tęczówki. Uśmiechnęłam się.
- Idź spać Lulu. - Poczochrałam go między uszami i odpłynęłam w objęcia morfeusza.
***
Obudziłam się wcześnie, mając zamiar iść na zakupy. Szybko ubrałam się, chwyciłam w rękę smycz i wyszłam z domu. Luhan szedł koło mojej nogi, wesoło machając ogonem, pogoda była taka, że samemu chciało się uśmiechać, dzień zapowiadał się ładny i ciepły. Weszłam do małego osiedlowego sklepu, wybierając podstawowe składniki do przyrządzenia śniadania, po czym skierowałam się do kasy. Za ladą stała pani Clarks, właścicielka. Kiedy mnie zobaczyła, jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Dzień dobry. - Przywitałam się.
- Dzień dobry, Elie. - Posłała mi lekki uśmiech, zaczęłam się denerwować kiedy tak mi się przyglądała, nigdy nie lubiłam kiedy ludzie patrzyli się na mnie z taką uporczywością, ale moje dobre wychowanie nie pozwalało mi nic powiedzieć. Zaczęłam się rozglądać za czymś, co mogłoby odwrócić jej uwagę, na szczęście z pomocą przyszedł mi Lu. Skoczył na drzwi sklepowe, zaczął szczekać i w nie drapać. Kasjerka popatrzyła w tamtym kierunku i uśmiechnęła się szeroko. - Kogo ja tam widzę. - Obeszła ladę dookoła, podeszła do drzwi i otworzyła je wpuszczając mojego strażnika do środka. - Tyle razy już ci mówiłam, nie zostawiaj go na zewnątrz, tylko wchodź z nim.
- Głaskała psa po głowie i plecach. Uśmiechnęłam się.
- Teraz już postaram się zapamiętać.
Zapłaciłam, pożegnałam się, po czym skierowałam się z powrotem do domu. Wracając, myślałam że zastanę resztę jeszcze śpiącą, ale jak się okazało, Triss koczowała już przy drzwiach.
- No nareszcie! - Uśmiechnęła się do mnie chytrze. - Nie mówiłaś, że z tego Tao to taki przystojniak jest. - Wskazała palcem na salon. Z lekkim wahaniem weszłam do pokoju i spojrzałam na kanapę. Leżał na niej Tao w dziwnej pozycji, do tego był prawie całkiem roznegliżowany. Bez koszulki i spodni, w samej bieliźnie. Mój wzrok prześliznął się po jego klatce piersiowej, brzuchu, zatrzymując się na gumce bokserek. Momentalnie się zaczerwieniłam jak dojrzały pomidor i szybko odwróciłam. - Powiem ci, że gdybym nie była teraz w związku, to jarałabym się nim jak Fretka Jeremiaszem. - Skąd ta dziewczyna brała porównania, nie mam pojęcia i szczerze, to nie chcę wiedzieć.
- Lu, obudź go proszę. - Pies przekrzywił głowę na bok i w dwóch skokach znalazł się na kanapie. Powąchał kolano śpiącego chłopaka i polizał je. Sekundę później Luhan był już człowiekiem, pochylał się nad czarnowłosym w dwuznacznej pozycji. Dłoń położył mu na brzuchu i musnął jego szyję ustami.
- Bez jaj! - Dziewczynie obok najwyraźniej się to podobało. Lulu zwiedzał ręką nagi tors chłopaka. Powoli chyba zaczynało go to nudzić, bo westchnął i złączył jego wargi ze swoimi. Nie mam nic do homoseksualistów, ale przez patrzenie na tą scenkę krew mnie zalała. Mam dziwne wrażenie, że to nie Luhana usta powinny się tam znaleźć. Nagle oczy Tao otworzyły się i popatrzyły przed siebie, na Lu, potem przeniosły się na mnie i Triss, po czym znowu na chłopaka, który na nim leżał. Poderwał się jak oparzony i spadł z kanapy.
- Co tu się wyprawia?! - Wrzasnął.
- Próbujemy cię obudzić. - Odpowiedział spokojnie Lulu. - Nie bierz tego do siebie, ale nie jesteś w moim typie.
- To dlaczego mnie pocałowałeś? - Zapytał przerażony Tao.
- Że niby ja to zrobiłem? - Puknął się w czoło. - Chyba sobie coś uroiłeś, chłopczyku. Wiesz.. - Zmierzył go spojrzeniem od góry do dołu. - Po pierwsze, jesteś dla mnie o wiele za młody, a po drugie, takich niewiniątek jak ty nie mam zamiaru gorszyć. - Luhan wstał i wyszedł z pokoju. Tao popatrzył na nas wzrokiem małej, zabłąkanej owieczki.
- Rozumiecie coś z tego?
- Ja tam nic nie wiem i nic nie widziałam. - Triss podniosła obie ręce do góry, odwróciła się i zniknęła na schodach. Pokręciłam głową na znak, że też nic nie wiem i, podobnie jak wcześniej srebrnowłosa, skierowałam się do swojego pokoju. Przeszukałam całą szafę, w końcu znajdując czarne rurki ze wzorkiem w kształcie gwiazdek wyszytym srebrną nitką, do tego czarny golf z długim rękawem. Przeczesałam swoje włosy i wplotłam w nie cieniutkie rzemyczki, na których były malutkie czarne róże. W mojej szafie zawsze większość ubrań była we wszystkich odcieniach czerni, ale teraz, patrząc na siebie w lustrze, wyglądałam żałośnie. Cała na czarno z włosami koloru krwi wyglądałam jak kostucha. Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi.
- Proszę.
- Elie, masz może pożyczyć mi jakąś czarną bluzkę? - Zapytała Triss. Gestem ręki pokazałam jej żeby weszła i wskazałam moją szafę.
- Szukaj, tylko szybko, bo nie mamy dużo czasu.
Nie całe dwadzieścia minut później wszyscy siedzieliśmy już w vanie i kierowaliśmy się w stronę cmentarza. Bałam się jak cholera. Będzie tam moja rodzina, jak ja popatrzę im w oczy, wiedząc, że oni zginęli przeze mnie? Przed kaplicą zebrali się ludzie z miasteczka, sąsiedzi i znajomi, przeszłam między nimi, słysząc szepty na mój temat, wszystkim było mnie szkoda. W środku, zaraz po przekroczeniu progu, przybiegła do mnie siostra mojego ojca i zacisnęła w niedźwiedzim uścisku. Za nią zobaczyłam wujka, który ciepło się do mnie uśmiechnął. Rozejrzałam się, na środku kaplicy stał ołtarz, a przed nim, na specjalnym stojaku stały dwie urny. Dlatego tak długo zwlekano z pogrzebem, próbowano z ciał pozyskać jakiekolwiek dowody, ale były tak bardzo spalone, że nie dało się nawet dobrze zobaczyć tych ciał. Z całych sił próbowałam się nie rozpłakać, płakanie na pogrzebie było dla mnie ukazywaniem własnych słabości. Nie płaczemy za osobą, tylko nad własnym nieszczęściem, bo to TY już nigdy kogoś nie zobaczysz. Cała uroczystość przebiegła spokojnie,obok mnie stał wujek i cały czas trzymał mnie za rękę, chcąc dodać mi otuchy. Po mszy wszyscy skierowali się w stronę miejsca, gdzie miały zostać złożone urny. Wtedy po moich policzkach poleciały łzy. Wtuliłam się w płaszcz wujka, kiedy po moim ciele przebiegały spazmy szlochu. Płakałam, już nawet nie starałam się tego ukryć, w tej chwili zrozumiałam, że zostałam sama. Poczułam jak ktoś odciąga mnie od rękawa wujka i przytula się do moich pleców.
Poczułam ciepło drugiego człowieka, było mi w tym momencie tak wspaniale i przytulnie.
- Nie jesteś sama. - Usłyszałam bezpośrednio przy moim uchu. Odwróciłam się przodem do chłopaka, dalej mnie obejmował, a ja czułam się jakby wokół była bariera niedopuszczająca do mnie zła. Uspokoiłam się już na tyle, że mogłam coś powiedzieć.
- Dziękuję.
Kiedy już wszyscy, którzy byli na pogrzebie, złożyli mi kondolencje, w końcu mogłam skierować się z powrotem do domu. Nie chciałam uczestniczyć w stypie, a wujek zrozumiał mój wybór i nawet nie próbował mnie przekonywać. Wiedział, że teraz muszę o tym zapomnieć. Jak dobrze mnie znał.
Po powrocie do domu poszłam od razu do siebie, żeby się przebrać. Założyłam bardzo obcisłe szare rurki, tunikę na ramiączkach, do tego czarne trampki, przeczesałam włosy i na koniec zawiesiłam na szyi kilka łańcuszków. Musiałam zapomnieć, chciałam żeby w mojej głowie pojawił się spokój. Przy drzwiach zastałam Luhana z zaciętą miną na twarzy.
- Idę sama. - Powiedziałam do chłopaka. - Proszę. - Zagryzł wargę i westchnął.
- Daję ci trzy godziny. - Oznajmił. - Potem idę cię szukać. - Skinęłam głową, to i tak lepiej niż się spodziewałam.
Wejście do klubu było niesamowicie oświetlone, nie sposób go było przeoczyć. Nie musiałam ustawiać się w kolejce, bo wszyscy ochroniarze mnie tu znali, często wynosiłam zalanych w trupa znajomych. W środku było duszno i gorąco. W powietrzu unosił się zapach potu zmieszanego z perfumami. Zmarszczyłam nos, nie lubiłam tego. Usiadłam przy barze i zamówiłam pierwszego drinka. Chciałam jak najszybciej odlecieć. Po czterech szklankach ruszyłam na parkiet, skakanie, kręcenie się wokół własnej osi było czymś, co kiedyś robiłam często. Teraz, kiedy wiedziałam, że przyszłam tu sama i czułam procenty zaczynające działać we krwi, było tak inaczej. Co jakiś czas stawałam przy barze, zamawiając kolejnego drinka. Z każdą szklanką było mi coraz lepiej, zapomniałam po co tu przyszłam i jak się tu dostałam. Było mi tak lekko i przyjemnie, przez co chciałam więcej tego magicznego płynu. Około pierwszej poczułam, że ktoś obejmuje mnie wokół tali. W klubie panował coraz większy ścisk ale i tak nie zwróciłam większej uwagi na ten incydent, tańczyłam dalej. Dopiero kiedy te same ręce potrząsnęły mnie za ramiona, odwróciłam się z zamiarem skrzyczenia tego, kto mi zawraca głowę, jednak widząc jego twarz, zaniemówiłam. Przede mną stał ktoś, z kim dawno temu wiązałam przyszłość, ktoś, z kim chciałam założyć rodzinę i zestarzeć się. Alan był ze mną od małego, wychowywaliśmy się razem i spędzaliśmy razem każdą chwilę. Nasi rodzice też popierali ten związek i bardo nam kibicowali, nawet trzyletnia różnica wieku im nie przeszkadzała. Wszystko zaczęło się sypać, kiedy pojechał na studia. Po pijaku przespał się z jakąś dziewczyną, a ona później zaszła w ciążę. Jego rodzice chcieli go wydziedziczyć, ale za moją namową wybaczyli mu. Związał się z tą dziewczyną, bo uważał że musi, ale z dnia na dzień między nimi zrodziło się uczucie i teraz są szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci.
- Elie, co ty tu robisz? - Zapytał.
- Raczej... - Nawet powiedzenie prostego zdania przychodziło mi z trudem. - To ja... powinnam o to... zapytać. - W końcu mi się udało.
- Mnie nie oszukasz. - Złapał mnie za rękę i pociągnął do wyjścia. - Wiedziałem, po prostu widziałem! Już na pogrzebie zachowywałaś się dziwnie, nie jak ty. Kiedy coś cię boli, to wyłączasz się od świata. - Mówił. - Ale żeby zapić się tak, że nie możesz nawet złożyć poprawnie zdania? Jestem w szoku. - Wyszliśmy z klubu i stanęliśmy na chodniku. - Dlaczego Sam na to pozwolił? Nie jest u ciebie? Czemu jesteś sama? - Nie miałam jak odpowiedzieć (nawet jeślibym dała radę wycisnąć z siebie choć jedno słowo), bo ktoś się wtrącił.
- Nie jest sama. - Ten głos poznam wszędzie. - I przepraszam, że przerywam, ale muszę zabrać ją do domu. - Tao wziął mnie na ręce, czułam się dziwnie kiedy słyszałam jak bije mu serce.
- Kim jesteś? - Alan groźnym wzrokiem patrzył na trzymającego mnie chłopaka.
- Jestem Zitao. - Prawie warknął. - Tyle powinno ci wystarczyć. - Już chciał się odwrócić i pójść, ale straszy złapał go za ramię.
- Nie, tyle mi nie wystarcza. - Chyba chciał uderzyć Tao, ale przerwał mu głośny warkot. Ten dźwięk też wszędzie bym poznała. - Luhan. - Alan najwyraźniej był w szoku. Znał dobrze mojego psa i wiedział, że nie ufa ludziom, którym ja nie ufam. Alan opuścił rękę i patrzył się w plecy odchodzącego chłopaka.
Kiedy dotarliśmy do domu, czarnowłosy zaniósł mnie do mojego pokoju i położył na łóżku. Chciał od razu po tym wyjść, ale złapałam go za rękaw. Spojrzałam mu w oczy.
- Zostań ze mną.
Westchnął głośno, ale nie wyszedł. Ściągnął kurtkę i buty, po czym położył się koło mnie na łóżku. Nie mówiliśmy nic, nie było nam to potrzebne, w tym momencie pragnęłam ciepła ciała drugiego człowieka. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, tuż przy moim uchu słyszałam miarowe i silne bicie jego serca, czułam się tak bezpiecznie. Podczas gdy tak leżałam i wsłuchiwałam się w jego serce, on bawił się moimi włosami i gładził mnie po plecach. W pewnej chwili odsunęłam się od niego, tak żeby być twarzą na wysokości jego twarzy. Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, po czym złączyliśmy nasze usta w pocałunku. Trwaliśmy tak chwilę, nie ruszając się nawet o milimetr, a później wstąpił w nas ogień. Całowaliśmy się, jakby jutro nigdy nie miało nadejść, jego język badał moje podniebienie, oplatał i ocierał się z moim językiem. Najpierw delikatnie i z czułością, a za chwilę brutalnie i namiętnie. Oderwaliśmy się od siebie kiedy zaczęło brakować nam powietrza. Tao przytulił mnie do siebie, ucałował w czoło i oboje odpłynęliśmy w krainę snów.
***
Ranek przyszedł szybko i wiedzieliśmy, że trzeba wracać. Oprócz Luhana, który znał moje najskrytsze przemyślenia, nikt jeszcze nie podejrzewał co zaplanowałam po powrocie. Byliśmy już w połowie drogi do domu nad morzem, kiedy się odezwałam.
- Wieczorem zaatakujemy Taeila.
__________________________________
Hej wszystkim ;D
Jestem z siebie dumna, że udało mi się napisać ten rozdział. Ostatnio wstąpiły we mnie czarne myśli i byłam gotowa usunąć wszystko, co do tej pory napisałam, ale dzięki kilku osobom jednak będę to kontynuować ;)
Proszę wszystkich, którzy czytają to nędzne opowiadanie - zostawcie po sobie komentarz, to bardzo motywuje do dalszej pracy ;p
Pozdrawiam
Elie
~~~~~~~~~~~~~~~
Apff, a ktoś to w ogóle czyta? I wypraszam sobie, nędzne to to może jest zanim trafi do mnie, już ja dbam o to, żeby takie nie było xd Muszę też powiedzieć, że jestem jedną z osób, które zareagowały oburzeniem na wieść o planach usunięcia tego opowiadania (do tej pory sądziłam, że jedyną ;d) i wybiłam to z głowy autorce. Choć nie do końca grzecznie, z tego co pamiętam... Ale ważne, że w ogóle ;>
Luna
- Tao. - Zaczęłam. - Mogę cię o coś prosić? - Byłam bardzo dumna z siebie i swojego pewnego głosu.
- Oczywiście. Cokolwiek zechcesz. - Odpowiedział.
- Dobrze, w takim razie... czy mógłbyś pojechać ze mną na pogrzeb moich rodziców? - Tego się chyba nie spodziewał, bo mina lekko mu zrzedła.
- Nie ma sprawy. - Powiedział po chwili i rzucił mi pocieszające spojrzenie. - Kiedy jedziemy?
- Wieczorem.
Postanowiłam, że nie będę nic ze sobą brać, pogrzeb będzie w moim rodzinnym mieście i miałam zamiar zatrzymać się na ten czas w swoim domu, więc tam się przebiorę. Luna z Gisą obiecały, że zapewnią tym, którzy zostali, bezpieczeństwo. To naprawdę wspaniale, że te dwie tak się zaprzyjaźniły, aż miło patrzeć. JJ także szybko się zaaklimatyzował i często można było zobaczyć go z Luhanem w kuchni, przyrządzjących posiłki, kiedy Taemin siedział w swoim pokoju zachowując się jakby był w ciąży, wieczne zmiany nastroju i fochy. No ale najwyraźniej przechodzi okres buntu. Lulu mówi, że relacje między nimi są coraz gorsze. Młodszy zarzuca mu, że ten go nigdy nie kochał i przez niego nie może znaleźć teraz szczęścia. Oni razem wyglądali tak uroczo i wspaniale jak nikt inny, a teraz, kiedy widzę jak Luhan przez niego cierpi, robi mi się szkoda ich obydwu.
****
Gotowi do drogi zapakowaliśmy się do vana Zelo, za kierownicą usiadł Luhan, nawet nie chcę wiedzieć skąd ma prawo jazdy, a na miejscu pasażera Tao. Triss siedziała z tyłu, więc ulokowałam się koło niej z zamiarem przespania się na jej ramieniu. Nie mogły mnie opuścić myśli, że wracam do domu, pustego, cichego i już tylko mojego. To było przerażające. W końcu po długim myśleniu udało mi się usnąć.
Obudziłam się już w mieście gdzie mieszkałam, było bardzo ciemno, więc zakładam że jechaliśmy całkiem długo. Mijaliśmy miejsca, z którymi wiązały się moje wspomnienia, dzieciństwo i, jak kiedyś myślałam, przyszłość. Luhan jechał nie patrząc nawet na plan miasta, spędził tu razem ze mną trichę czasu, zatem wiedział gdzie zajduje się mój dom. Kątem oka zobaczyłam znajomy budynek, więc odwróciłam głowę w tamtą stronę. Moja szkoła, przyjaciele, których zostawiłam bez słowa wyjaśnienia i miejsce, gdzie poznałam Tao. Przez to wspomnienie na moich policzkach pokazały się lekkie rumieńce, a w lusterku zobaczyłam roześmiane oczy mojego strażnika, na co pokazałam mu język. Czyli zostało raptem kilka minut zanim staniemy przed moim domem.
Wyglądał tak, jak przed moim wyjazdem, kwiaty na parapetach, zasłony w kolorze dojrzałych brzoskwiń, nienawidziłam pomarańczowego i jego pochodnych, ale moja mama twierdziła że to dobry kolor do okien, bo zawsze wydaje się jakby świeciło słońce, uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Wysiedliśmy z auta, a ja poczułam jak o moją nogę coś się ociera, spojrzałam w dół i ucieszyłam się, widząc Luhana w postaci psa. Otworzyłam drzwi i wpuściłam wszystkich do środka. Pachniało tam jak zwykle, korytarzem od razu skierowałam się do kuchni. Nawet jak rodzice jeszcze żyli, przez cały tydzień nie było ich w domu, bo praca zajmowała im większość czasu, tylko weekendy były czymś wyjątkowym i każdy spędzaliśmy razem. Otworzyłam lodówkę i, tak jak się spodziewałam, w środku nie było nic innego niż ketchup, majonez i musztarda, uśmiechnęłam się pod nosem. Następnie zajrzałam do zamrażalnika, tam wybór był ogromny, chwyciłam pierwsze z brzegu cztery pudełka z obiadem i wsadziłam do piekarnika. Spojrzałam w stronę salonu, na kanapie leżał Lu, koło niego siedziała Triss i oglądała jakby nigdy nic telewizję. Rozejrzałam się po pokoju i dopiero zatrzymując wzrok na moim ulubionym fotelu zobaczyłam, że to, co wcześniej wzięłam za bagaże, tak naparawdę było leżącym, czy raczej śpiącym chłopakiem. Piekarnik cicho zadzwonił, oznajmiając, że jedzenie jest już gotowe. Zaniosłam do salonu sztućce i porcję dla każdego. Zaśmiałam się, kiedy zobaczyłam co akurat wybrałam. Pierogi ruskie, lazania, schabowy i ziemniaki, oraz spaghetti.
- Tao, wstawaj. - Potrząsnęłam śpiącym chłopakiem. - Zrobiłam obiad. - Pomruczał coś pod nosem, ale otworzył oczy. - Wybierzcie sobie coś. - Powiedziałam do obecnych, sama chwytając porcję z kotletem. Co jak co, ale mięso zawsze dobrze wpływa na człowieka. Srebrnowłosa, widząc w lazanii szpinak, praktycznie ze śliną lecącą po brodzie, zaczęła jeść. Lulu znowu był człowiekiem, kiedy zajadał się ze smakiem spaghetti, za to Tao najpierw dokładnie pooglądał pierogi z każdej strony, potem nachylił się, powąchał i chyba nie znalazł nic, co by go odrzuciło, bo włożył sobie całego do ust i przeżuwał dokładnie, po przełknięciu jego oczy rozbłysły i zaczął pochłaniać resztę w niemożliwym tempie. Chciało mi się śmiać na ten widok, był taki uroczy. Jedliśmy w ciszy, wszyscy wgapieni w telewizor, leciały jakieś wiadomości. W pewnym momencie Triss, ni stąd ni zowąd, zaczęła się śmiać. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam w ekran. Stało tam małżeństwo wyglądające na smutne, ale bardziej się przyglądając, zauważyłam w tym pewną obłudę.
Państwo Hunt, niedługo kolejna gala na rzecz dzieci chorych i ofiar przemocy domowej. Są państwo jednymi z najbardziej szczodrych ludzi, miesięcznie przekazujecie na konto fundacji ponad 5 tysięcy złotych, to naprawdę dużo i dzięki temu wiele dzieci poprawiło swoje warunki życia. - Prezenterka przedstawiła sytuację.
Cieszymy się z mężem, że możemy pomagać, nam też w życiu przytrafiło się coś przykrego, przez co niestety jedno z naszych dzieci nie przeżyło, chcemy żeby teraz takie rzeczy nie miały miejsca. - Wymuszony uśmiech zagościł na twarzy kobiety.
- Śmieszni są, prawda? - Triss wskazała widelcem na telewizor. - To moi rodzice. Teraz tacy kochani, wielcy przeciwnicy przemocy domowej, a mnie katują od zawsze. - Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Po kolacji pokazałam, kto gdzie będzie spać, dziewczyna dostała pokój gościnny, a Tao kanapę w salonie. Mieliśmy jeszcze kilka godzin odpoczynku przed jutrzejszym dniem. Wraz z Luhanem poszłam do siebie, podeszłam do szafy i wyciągnęłam piżamę. Byłam już naprawdę zmęczona i nawet taka prosta czynność jak pójście do łazienki i przebranie się, było poza moim możliwościami. Zrzuciłam z siebie ubrania i szybko włożyłam przygotowaną wcześniej piżamę. Łóżko, tak dawno nie spędziłam nocy we własnym łóżku. Na czworaka doszłam do swojej połowy i tam opadłam na poduszki, przekręciłam głowę w stronę drugiej połówki łóżka i zobaczyłam wpatrzone w moje oczy złote tęczówki. Uśmiechnęłam się.
- Idź spać Lulu. - Poczochrałam go między uszami i odpłynęłam w objęcia morfeusza.
***
Obudziłam się wcześnie, mając zamiar iść na zakupy. Szybko ubrałam się, chwyciłam w rękę smycz i wyszłam z domu. Luhan szedł koło mojej nogi, wesoło machając ogonem, pogoda była taka, że samemu chciało się uśmiechać, dzień zapowiadał się ładny i ciepły. Weszłam do małego osiedlowego sklepu, wybierając podstawowe składniki do przyrządzenia śniadania, po czym skierowałam się do kasy. Za ladą stała pani Clarks, właścicielka. Kiedy mnie zobaczyła, jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Dzień dobry. - Przywitałam się.
- Dzień dobry, Elie. - Posłała mi lekki uśmiech, zaczęłam się denerwować kiedy tak mi się przyglądała, nigdy nie lubiłam kiedy ludzie patrzyli się na mnie z taką uporczywością, ale moje dobre wychowanie nie pozwalało mi nic powiedzieć. Zaczęłam się rozglądać za czymś, co mogłoby odwrócić jej uwagę, na szczęście z pomocą przyszedł mi Lu. Skoczył na drzwi sklepowe, zaczął szczekać i w nie drapać. Kasjerka popatrzyła w tamtym kierunku i uśmiechnęła się szeroko. - Kogo ja tam widzę. - Obeszła ladę dookoła, podeszła do drzwi i otworzyła je wpuszczając mojego strażnika do środka. - Tyle razy już ci mówiłam, nie zostawiaj go na zewnątrz, tylko wchodź z nim.
- Głaskała psa po głowie i plecach. Uśmiechnęłam się.
- Teraz już postaram się zapamiętać.
Zapłaciłam, pożegnałam się, po czym skierowałam się z powrotem do domu. Wracając, myślałam że zastanę resztę jeszcze śpiącą, ale jak się okazało, Triss koczowała już przy drzwiach.
- No nareszcie! - Uśmiechnęła się do mnie chytrze. - Nie mówiłaś, że z tego Tao to taki przystojniak jest. - Wskazała palcem na salon. Z lekkim wahaniem weszłam do pokoju i spojrzałam na kanapę. Leżał na niej Tao w dziwnej pozycji, do tego był prawie całkiem roznegliżowany. Bez koszulki i spodni, w samej bieliźnie. Mój wzrok prześliznął się po jego klatce piersiowej, brzuchu, zatrzymując się na gumce bokserek. Momentalnie się zaczerwieniłam jak dojrzały pomidor i szybko odwróciłam. - Powiem ci, że gdybym nie była teraz w związku, to jarałabym się nim jak Fretka Jeremiaszem. - Skąd ta dziewczyna brała porównania, nie mam pojęcia i szczerze, to nie chcę wiedzieć.
- Lu, obudź go proszę. - Pies przekrzywił głowę na bok i w dwóch skokach znalazł się na kanapie. Powąchał kolano śpiącego chłopaka i polizał je. Sekundę później Luhan był już człowiekiem, pochylał się nad czarnowłosym w dwuznacznej pozycji. Dłoń położył mu na brzuchu i musnął jego szyję ustami.
- Bez jaj! - Dziewczynie obok najwyraźniej się to podobało. Lulu zwiedzał ręką nagi tors chłopaka. Powoli chyba zaczynało go to nudzić, bo westchnął i złączył jego wargi ze swoimi. Nie mam nic do homoseksualistów, ale przez patrzenie na tą scenkę krew mnie zalała. Mam dziwne wrażenie, że to nie Luhana usta powinny się tam znaleźć. Nagle oczy Tao otworzyły się i popatrzyły przed siebie, na Lu, potem przeniosły się na mnie i Triss, po czym znowu na chłopaka, który na nim leżał. Poderwał się jak oparzony i spadł z kanapy.
- Co tu się wyprawia?! - Wrzasnął.
- Próbujemy cię obudzić. - Odpowiedział spokojnie Lulu. - Nie bierz tego do siebie, ale nie jesteś w moim typie.
- To dlaczego mnie pocałowałeś? - Zapytał przerażony Tao.
- Że niby ja to zrobiłem? - Puknął się w czoło. - Chyba sobie coś uroiłeś, chłopczyku. Wiesz.. - Zmierzył go spojrzeniem od góry do dołu. - Po pierwsze, jesteś dla mnie o wiele za młody, a po drugie, takich niewiniątek jak ty nie mam zamiaru gorszyć. - Luhan wstał i wyszedł z pokoju. Tao popatrzył na nas wzrokiem małej, zabłąkanej owieczki.
- Rozumiecie coś z tego?
- Ja tam nic nie wiem i nic nie widziałam. - Triss podniosła obie ręce do góry, odwróciła się i zniknęła na schodach. Pokręciłam głową na znak, że też nic nie wiem i, podobnie jak wcześniej srebrnowłosa, skierowałam się do swojego pokoju. Przeszukałam całą szafę, w końcu znajdując czarne rurki ze wzorkiem w kształcie gwiazdek wyszytym srebrną nitką, do tego czarny golf z długim rękawem. Przeczesałam swoje włosy i wplotłam w nie cieniutkie rzemyczki, na których były malutkie czarne róże. W mojej szafie zawsze większość ubrań była we wszystkich odcieniach czerni, ale teraz, patrząc na siebie w lustrze, wyglądałam żałośnie. Cała na czarno z włosami koloru krwi wyglądałam jak kostucha. Moje rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi.
- Proszę.
- Elie, masz może pożyczyć mi jakąś czarną bluzkę? - Zapytała Triss. Gestem ręki pokazałam jej żeby weszła i wskazałam moją szafę.
- Szukaj, tylko szybko, bo nie mamy dużo czasu.
Nie całe dwadzieścia minut później wszyscy siedzieliśmy już w vanie i kierowaliśmy się w stronę cmentarza. Bałam się jak cholera. Będzie tam moja rodzina, jak ja popatrzę im w oczy, wiedząc, że oni zginęli przeze mnie? Przed kaplicą zebrali się ludzie z miasteczka, sąsiedzi i znajomi, przeszłam między nimi, słysząc szepty na mój temat, wszystkim było mnie szkoda. W środku, zaraz po przekroczeniu progu, przybiegła do mnie siostra mojego ojca i zacisnęła w niedźwiedzim uścisku. Za nią zobaczyłam wujka, który ciepło się do mnie uśmiechnął. Rozejrzałam się, na środku kaplicy stał ołtarz, a przed nim, na specjalnym stojaku stały dwie urny. Dlatego tak długo zwlekano z pogrzebem, próbowano z ciał pozyskać jakiekolwiek dowody, ale były tak bardzo spalone, że nie dało się nawet dobrze zobaczyć tych ciał. Z całych sił próbowałam się nie rozpłakać, płakanie na pogrzebie było dla mnie ukazywaniem własnych słabości. Nie płaczemy za osobą, tylko nad własnym nieszczęściem, bo to TY już nigdy kogoś nie zobaczysz. Cała uroczystość przebiegła spokojnie,obok mnie stał wujek i cały czas trzymał mnie za rękę, chcąc dodać mi otuchy. Po mszy wszyscy skierowali się w stronę miejsca, gdzie miały zostać złożone urny. Wtedy po moich policzkach poleciały łzy. Wtuliłam się w płaszcz wujka, kiedy po moim ciele przebiegały spazmy szlochu. Płakałam, już nawet nie starałam się tego ukryć, w tej chwili zrozumiałam, że zostałam sama. Poczułam jak ktoś odciąga mnie od rękawa wujka i przytula się do moich pleców.
Poczułam ciepło drugiego człowieka, było mi w tym momencie tak wspaniale i przytulnie.
- Nie jesteś sama. - Usłyszałam bezpośrednio przy moim uchu. Odwróciłam się przodem do chłopaka, dalej mnie obejmował, a ja czułam się jakby wokół była bariera niedopuszczająca do mnie zła. Uspokoiłam się już na tyle, że mogłam coś powiedzieć.
- Dziękuję.
Kiedy już wszyscy, którzy byli na pogrzebie, złożyli mi kondolencje, w końcu mogłam skierować się z powrotem do domu. Nie chciałam uczestniczyć w stypie, a wujek zrozumiał mój wybór i nawet nie próbował mnie przekonywać. Wiedział, że teraz muszę o tym zapomnieć. Jak dobrze mnie znał.
Po powrocie do domu poszłam od razu do siebie, żeby się przebrać. Założyłam bardzo obcisłe szare rurki, tunikę na ramiączkach, do tego czarne trampki, przeczesałam włosy i na koniec zawiesiłam na szyi kilka łańcuszków. Musiałam zapomnieć, chciałam żeby w mojej głowie pojawił się spokój. Przy drzwiach zastałam Luhana z zaciętą miną na twarzy.
- Idę sama. - Powiedziałam do chłopaka. - Proszę. - Zagryzł wargę i westchnął.
- Daję ci trzy godziny. - Oznajmił. - Potem idę cię szukać. - Skinęłam głową, to i tak lepiej niż się spodziewałam.
Wejście do klubu było niesamowicie oświetlone, nie sposób go było przeoczyć. Nie musiałam ustawiać się w kolejce, bo wszyscy ochroniarze mnie tu znali, często wynosiłam zalanych w trupa znajomych. W środku było duszno i gorąco. W powietrzu unosił się zapach potu zmieszanego z perfumami. Zmarszczyłam nos, nie lubiłam tego. Usiadłam przy barze i zamówiłam pierwszego drinka. Chciałam jak najszybciej odlecieć. Po czterech szklankach ruszyłam na parkiet, skakanie, kręcenie się wokół własnej osi było czymś, co kiedyś robiłam często. Teraz, kiedy wiedziałam, że przyszłam tu sama i czułam procenty zaczynające działać we krwi, było tak inaczej. Co jakiś czas stawałam przy barze, zamawiając kolejnego drinka. Z każdą szklanką było mi coraz lepiej, zapomniałam po co tu przyszłam i jak się tu dostałam. Było mi tak lekko i przyjemnie, przez co chciałam więcej tego magicznego płynu. Około pierwszej poczułam, że ktoś obejmuje mnie wokół tali. W klubie panował coraz większy ścisk ale i tak nie zwróciłam większej uwagi na ten incydent, tańczyłam dalej. Dopiero kiedy te same ręce potrząsnęły mnie za ramiona, odwróciłam się z zamiarem skrzyczenia tego, kto mi zawraca głowę, jednak widząc jego twarz, zaniemówiłam. Przede mną stał ktoś, z kim dawno temu wiązałam przyszłość, ktoś, z kim chciałam założyć rodzinę i zestarzeć się. Alan był ze mną od małego, wychowywaliśmy się razem i spędzaliśmy razem każdą chwilę. Nasi rodzice też popierali ten związek i bardo nam kibicowali, nawet trzyletnia różnica wieku im nie przeszkadzała. Wszystko zaczęło się sypać, kiedy pojechał na studia. Po pijaku przespał się z jakąś dziewczyną, a ona później zaszła w ciążę. Jego rodzice chcieli go wydziedziczyć, ale za moją namową wybaczyli mu. Związał się z tą dziewczyną, bo uważał że musi, ale z dnia na dzień między nimi zrodziło się uczucie i teraz są szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci.
- Elie, co ty tu robisz? - Zapytał.
- Raczej... - Nawet powiedzenie prostego zdania przychodziło mi z trudem. - To ja... powinnam o to... zapytać. - W końcu mi się udało.
- Mnie nie oszukasz. - Złapał mnie za rękę i pociągnął do wyjścia. - Wiedziałem, po prostu widziałem! Już na pogrzebie zachowywałaś się dziwnie, nie jak ty. Kiedy coś cię boli, to wyłączasz się od świata. - Mówił. - Ale żeby zapić się tak, że nie możesz nawet złożyć poprawnie zdania? Jestem w szoku. - Wyszliśmy z klubu i stanęliśmy na chodniku. - Dlaczego Sam na to pozwolił? Nie jest u ciebie? Czemu jesteś sama? - Nie miałam jak odpowiedzieć (nawet jeślibym dała radę wycisnąć z siebie choć jedno słowo), bo ktoś się wtrącił.
- Nie jest sama. - Ten głos poznam wszędzie. - I przepraszam, że przerywam, ale muszę zabrać ją do domu. - Tao wziął mnie na ręce, czułam się dziwnie kiedy słyszałam jak bije mu serce.
- Kim jesteś? - Alan groźnym wzrokiem patrzył na trzymającego mnie chłopaka.
- Jestem Zitao. - Prawie warknął. - Tyle powinno ci wystarczyć. - Już chciał się odwrócić i pójść, ale straszy złapał go za ramię.
- Nie, tyle mi nie wystarcza. - Chyba chciał uderzyć Tao, ale przerwał mu głośny warkot. Ten dźwięk też wszędzie bym poznała. - Luhan. - Alan najwyraźniej był w szoku. Znał dobrze mojego psa i wiedział, że nie ufa ludziom, którym ja nie ufam. Alan opuścił rękę i patrzył się w plecy odchodzącego chłopaka.
Kiedy dotarliśmy do domu, czarnowłosy zaniósł mnie do mojego pokoju i położył na łóżku. Chciał od razu po tym wyjść, ale złapałam go za rękaw. Spojrzałam mu w oczy.
- Zostań ze mną.
Westchnął głośno, ale nie wyszedł. Ściągnął kurtkę i buty, po czym położył się koło mnie na łóżku. Nie mówiliśmy nic, nie było nam to potrzebne, w tym momencie pragnęłam ciepła ciała drugiego człowieka. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, tuż przy moim uchu słyszałam miarowe i silne bicie jego serca, czułam się tak bezpiecznie. Podczas gdy tak leżałam i wsłuchiwałam się w jego serce, on bawił się moimi włosami i gładził mnie po plecach. W pewnej chwili odsunęłam się od niego, tak żeby być twarzą na wysokości jego twarzy. Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, po czym złączyliśmy nasze usta w pocałunku. Trwaliśmy tak chwilę, nie ruszając się nawet o milimetr, a później wstąpił w nas ogień. Całowaliśmy się, jakby jutro nigdy nie miało nadejść, jego język badał moje podniebienie, oplatał i ocierał się z moim językiem. Najpierw delikatnie i z czułością, a za chwilę brutalnie i namiętnie. Oderwaliśmy się od siebie kiedy zaczęło brakować nam powietrza. Tao przytulił mnie do siebie, ucałował w czoło i oboje odpłynęliśmy w krainę snów.
***
Ranek przyszedł szybko i wiedzieliśmy, że trzeba wracać. Oprócz Luhana, który znał moje najskrytsze przemyślenia, nikt jeszcze nie podejrzewał co zaplanowałam po powrocie. Byliśmy już w połowie drogi do domu nad morzem, kiedy się odezwałam.
- Wieczorem zaatakujemy Taeila.
__________________________________
Hej wszystkim ;D
Jestem z siebie dumna, że udało mi się napisać ten rozdział. Ostatnio wstąpiły we mnie czarne myśli i byłam gotowa usunąć wszystko, co do tej pory napisałam, ale dzięki kilku osobom jednak będę to kontynuować ;)
Proszę wszystkich, którzy czytają to nędzne opowiadanie - zostawcie po sobie komentarz, to bardzo motywuje do dalszej pracy ;p
Pozdrawiam
Elie
~~~~~~~~~~~~~~~
Apff, a ktoś to w ogóle czyta? I wypraszam sobie, nędzne to to może jest zanim trafi do mnie, już ja dbam o to, żeby takie nie było xd Muszę też powiedzieć, że jestem jedną z osób, które zareagowały oburzeniem na wieść o planach usunięcia tego opowiadania (do tej pory sądziłam, że jedyną ;d) i wybiłam to z głowy autorce. Choć nie do końca grzecznie, z tego co pamiętam... Ale ważne, że w ogóle ;>
Luna
sobota, 6 września 2014
Rozdział 6
Hej wszystkim! Dziś na początku ;)
Pierwsza część rozdziału jest pisana oczami nowej bohaterki. Chciałam wprowadzić coś innego i padło na nią. Jest ostatnią osobą, która pojawi się w tym opowiadaniu. ;)
__________________________________
Ciężko zaczęło się moje nowe życie. Ni stąd ni zowąd jakiś wariat mówi mi, że od dziś będę posiadała jakieś moce i chronić będzie mnie jakiś chłopak. Sorry, ale moje życie już i tak jest do dupy, a ci szaleńcy wcale mi nie pomogli. Niestety, nie mogę nawet zadzwonić na policję z donosem, że wypalili mi w dłoni jakieś znaki, bo kiedy zrobią oględziny mojego ciała, zobaczą siniaki, stare, źle zrośnięte złamania, na pierwszy rzut oka widać, że spowodowane pobiciem. Rodzice katowali mnie już odkąd pamiętam, dostawało mi się za wszystko, nawet za to, co nie było moją winą. Z zewnątrz kochająca się rodzinka, chodząca na przyjęcia w strojach i butach od najlepszych projektantów, mieszkająca w wielkim domu. Krótko mówiąc, wspaniała rodzina jednego z wysoko postawionych polityków. Jednak nic bardziej mylnego. Jestem ich jedyną córką. Córką, której nie chcieli. Matka zaszła w ciążę bliźniaczą, spodziewała się chłopca i dziewczynki. Syn miał być następcą ojca i przejąć cały majątek rodziny, plany na jego życie były ustalone jeszcze zanim okazało się, że przyjdzie na świat. A ja byłam tylko pięknym dodatkiem od Boga, miałam być tylko dobrze prezentującą się damą, córką na pokaz, nie mającą własnego zdania, miałam znaleźć męża pasującego do naszej rodziny, słuchać go i nawet nie myśleć o sprzeciwie, oraz urodzić mu gromadkę dzieci. Ale już podczas porodu pojawiły się komplikacje, nasze pępowiny zaplątały się wokół naszych szyi i nawzajem się zabijaliśmy. Lekarzom udało się uratować tylko mnie, co spotkało się ze złością i zawodem ze strony moich rodziców. Do tej pory nie wybaczyli mi, że zabiłam im ich syna. Nie chcieli na mnie patrzeć czy nawet przebywać w moim towarzystwie. Moje pierwsze lata spędziłam z babcią, to ona dała mi imię i pokazała co to jest miłość. Kiedy skończyłam trzeci rok, babcia ciężko zachorowała i już nie mogła się mną opiekować, wtedy zaczęło się piekło. Trafiłam do domu rodziców poniżana, wyzywana i karana. Długo nie rozumiałam dlaczego tak się dzieje, co złego zrobiłam. Z roku na rok było coraz gorzej, ojciec bił mnie codziennie, nie szczędząc przy tym wyzwisk. Jedyne, co mnie w życiu dobrego spotkało, to chłopak. Poznaliśmy się w szkole, kiedy moja drużyna miała zawody. Często zdarzało się, że dyrektorzy innych szkół zapraszali nas na mecz, w końcu nasza prywatna uczelnia należała do elitarnych, gromadziła dzieci wpływowych i znanych ludzi. Taka szkoła dla bogatych, zapatrzonych w siebie dzieciaków, które mają wszystko co chcą. Kiedy zaprosili nas do tej szkoły, dużo mnie to nie obeszło, nie koleguję się z nikim z drużyny, ja tam tylko gram. Mecz oczywiście wygrany, bo co jak co, ale taka bogata placówka może pozwolić sobie na najlepszych trenerów. Rytuałem naszej drużyny jest przejście się w strojach po tych "biednych" szkołach, bo tym pustakom sprawia to przyjemność a jak przy okazji upokorzy lub wyśmieje się kilka dziewczyn, to dodatkowy sukces. Tak stało się i tym razem. Znana na pół kraju drużyna siatkarska, w swoich droższych od niejednego domu strojach (dodajmy, że ledwo co zasłaniających pośladki) idzie sobie jak gdyby nic po twoim korytarzu, głośno komentując tutejsze obskurne warunki, nie jest tym, co chcesz oglądać. Zawsze trzymałam się z tyłu nie chcąc brać w tym udziału, nie sprawia mi przyjemności gnębienie ludzi, może dlatego, że sama jestem ofiarą. Czasem zdarzy mi się przewinić, ale w ogóle się tym nie przejmuję. Czemu? Bo i tak po powrocie do domu rodzice spuszczą mi niezły łomot, więc dlaczego nie dać im jakiegoś powodu? Tak wróciłam kiedyś z kolczykami w wardze po obu stronach, tatuażem na dłoni. Często z nudów zdarzy mi się wdać w pyskówkę z nauczycielem albo przyjść pijana do szkoły.
Kiedy moje koleżanki znalazły swój nowy cel, oddaliłam się od nich i dalej zwiedzałam szkołę. Nie szłam szybko, bo dzień wcześniej ojciec nieźle mnie urządził i nawet zwykłe chodzenie sprawiało mi trudności. Nagle zza zakrętu wbiegł na mnie jakiś chłopak, zderzając się ze mną. Upadając, stłukłam jeszcze bardziej miejsce, gdzie najbardziej mnie bolało. Syknęłam z bólu i z pięści uderzyłam go w twarz, po czym zemdlałam.
Obudziłam się w jakiejś klasie i pierwsze co zobaczyłam po otworzeniu oczu, to burza włosów w jakimś trudnym do zidentyfikowania kolorze. Należały do chłopaka o dużych oczach, który w tym momencie pochylał się nade mną.
- Przepraszam, że na ciebie wpadłem. - Uśmiechnął się. - Może w zamian dasz się zaprosić na kawę?
I tak zaczęła się nasza znajomość. Lubiłam spędzać z nim czas, był zabawny i naprawdę pomocny. Po jakimś czasie zostaliśmy parą, co spotkało się z kolejnym atakiem rodziców. Matka, bijąc mnie, krzyczała, że jak już muszę żyć i mieć ich nazwisko, to chociaż powinnam spotykać się z kimś wysoko postawionym, a nie z chłopakiem z żadną przyszłością. Nie słuchałam ich, byłam po raz pierwszy szczęśliwa i zakochana. Kiedy odkrył ślady na moim ciele, chciał żebym poszła do szpitala i na policję. Z nim czułam, że mogę pokonać wszystkie trudności.
Od czasu jak ten wariat nagadał mi bzdur, chodzi za mną jakiś koleś, mówiąc, że będzie mnie bronił. Oczywiście nie zwracałam na niego najmniejszej uwagi i udawałam, że nie istnieje. Od tamtej chwili moje włosy zrobiły się srebrno-szare, a oczy burszytnowo-pomarańczowe, co zaczęło mnie bardzo martwić. I cały czas nie miałam kontaktu z moim chłopakiem, tak jakby rozpłynął się w powietrzu. Przez to czułam się coraz gorzej. Pewnego dnia, kiedy wracałam wieczorem do domu (bardzo zdenerwowana, bo ten pajac znowu za mną łaził), kilku chłopaków złapało mojego prześladowcę i, bez skrupułów, skręcili mu kark. Poczułam w sobie obezwładniający ból. Upadłam na kolana i spojrzałam w jego kierunku. Ci, którzy go zamordowali, rozglądali się na boki szukając kogoś, i miałam dziwne wrażenie, że szukają mnie.
No i tak właśnie skończyłam teraz, siedząc na przystanku z walizką. Kiedy po zobaczeniu morderstwa wróciłam do domu, zauważyłam na biurku kartkę z adresem i dopiskiem "Tam będziesz bezpieczna". Więc właśnie tam jadę.
***
Czemu to musi być tak daleko? Podróżowałam już trzema autokarami, a teraz czekam na ostatni autobus, który zawiezie mnie dokładnie na ulicę, gdzie znajduje się dom, do którego się wybieram. Na szczęście przyjechał szybko i równie szybko dostałam się na miejsce. Nie było tam żadnych budynków, zwykła pusta droga. Skierowałam się w stronę szumu morza, cały czas rozglądając się za jakimiś znakami życia. Zza zakrętu powoli wyłaniały się pierwsze mury domu, był przyjemnego kremowego koloru, z brązowymi okiennicami i kwiatami. Był wielki, wyglądał jak hotel. Podeszłam do drzwi i lekko zapukałam, za nimi rozległy się kroki i po chwili się otworzyły. Pojawił się w nich chłopak o wielkich oczach i pomarańczowych włosach. W pierwszej chwili nie wiedziałam co się dzieje. Może mam zwidy, tyle kilometrów od domu, to niemożliwe. Chłopak odezwał się pierwszy.
- Triss, co ty tu robisz? - Był zaskoczony i lekko przerażony, ale również bardzo szczęśliwy.
- Uciekłam z domu, a ktoś kazał mi tu przyjść. - Odpowiedziałam. On złapał mnie za dłoń i spojrzał na nią, widząc bliznę uśmiechnął się lekko i pocałował mnie w nią.
- Nie chciałem cię tam zostawiać, ale wolałem żeby nie groziło ci większe niebezpieczeństwo. - Przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Znowu poczułam się bezpiecznie, po raz pierwszy od dawna. Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie, jednak wiedziałam, że to niemożliwe.
- V, dlaczego tu jesteś? Co to za miejsce?
- Jestem z tego samego powodu co ty, tu nic nam nie grozi. A to miejsce to był kiedyś pensjonat, teraz jest to nasza kryjówka. - Pociągnął mnie do środka. - Chodź, poznasz resztę.
- V, kto to? - Nagle na ramieniu mojego chłopaka uwiesiła się dziewczyna, miała piękne czerwone włosy i niesamowicie zielone oczy, do tego była śliczna. Nie jak dziewczyny w mojej szkole, ładne dzięki portfelom rodziców i sprawnym dłoniom lekarzy, nie, ona była piękna naturalnie. Tae popatrzył na nią z jakimś dziwnym uczuciem, najpierw myślałam o najgorszym, ale patrząc na nich zobaczyłam, że w jego oczach jest tylko troska i delikatność, jakby dziewczyna miała się zaraz rozpaść. Już nie raz widziałam u niego takie spojrzenie, patrzył tak na Mikę, jego młodszą siostrę, kiedy leżała w szpitalu czekając na operację. Z miejsca polubiłam tę czerwonowłosą dziewczynę, emanowała taką dobrą aurą.
- To Triss, moja dziewczyna, ta o której ci opowiadałem. - Jej wielkie oczy spoczęły na mnie. Lekko się uśmiechnęła.
- Miło mi poznać. - Podeszła do mnie, wyciągając rękę. Uścisnęłam ją. Jej wyraz twarzy po chwili stał się pusty, odwróciła się i odeszła. V podążał za nią smutnym wzrokiem, lekko przygryzając wargę. Zawsze tak robił, gdy się o kogoś martwił.
- Śliczna jest. - Powiedziałam.
- Jest. - Stwierdził. - Ale ty, kochanie, jesteś najpiękniejsza na świecie. - Pocałował mnie delikatnie w usta.
- Coś jej się stało?
- Musisz wiedzieć, że są ludzie, którzy pragną naszej śmierci i oni nie cofną się przed niczym. Kilka tygodni temu, kiedy mieliśmy z nimi starcie, akurat przyjechali rodzice Elie i... zostali zabici przez naszych wrogów. Nie może sobie z tym poradzić. Kiedy już wszyscy myślą, że jest lepiej, ona znowu zamyka się w sobie. Gdyby nie Luhan, jej strażnik, i Tao, dawno by się całkiem załamała. - W jego oczach widać było szczerą troskę. - A czemu jesteś sama? Gdzie twój strażnik?
- Nie ma. - Opowiedziałam. - Nie żyje.
*****Elie*****
Nowa dziewczyna okazała się świetną osobą. Jej szczery, uroczy uśmiech powalał na kolana większość zebranych w domu osób. Do tego wraz z V rzucali do siebie dyskretne czułe spojrzenia. Byłam szczęśliwa, że w końcu chłopak może znów z nią być, bo tyle o niej mówił. Od tamtego dnia mało się odzywałam, spędzałam czas głównie w swoim towarzystwie i nie miałam z tym żadnego problemu. Największym utrapieniem był Tao, cały czas czegoś ode mnie chciał, nie dając mi nawet chwili sam na sam z własnymi myślami. Ale przez te kilka tygodni moim ulubionym zajęciem było obserwowanie reszty. Relacje między Luhanem a Taeminem z dnia na dzień stawały się coraz gorsze. Prawie ze sobą nie rozmawiali, a jeśli już, to tylko podczas kłótni. Cassie chodziła po domu często podśpiewując i kiedy tylko się dało, obsypywała pocałunkami Korę. Widać, że między nimi było coraz lepiej. Luna spędzała najwięcej czasu z U-Kwonem i Zelo. Przez swoją subtelną budowę i dziecięcą buźkę, mogłaby być postrzegana jako młodsza od nich. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak siedemnastoletnia dziewczyna może mieć wygląd trzynastolatki, ale to było w niej urocze. Niestety, ten urok jest tylko zewnętrzny, bo w środku tej przesłodkiej istoty mieszka prawdziwy diabeł. Kiedy ten mały chochlik się zdenerwuje, to trzeba uciekać gdzie pieprz rośnie. Jimin, V i Jackson nie mogą usiedzieć długo w jednym miejscu i swoją energię najczęściej wyładowują grając na PlayStation Zelo. Mark, widząc ich wygłupy, często śmieje się pod nosem. Jednak nie bierze w tym udziału. Jest od nich o wiele spokojniejszy i od gry w FIFĘ zdecydowanie woli karty. Podobnie jak strażnik Luny, L, który odnajdywał prawdziwą przyjemność w ogrywaniu Marka w pokera lub brydża. Mimo to, od czasu do czasu robił sobie przerwę i dosiadał się do wariatów na kanapie, tylko po to, żeby pokazać, kto tak naprawdę jest mistrzem piłki nożnej.
Dzisiejszy dzień był jak zwykle, najpierw jakiś trening z mocami, później czas dla siebie. Postanowiłam, że wykorzystam go na przechadzkę po lesie koło domu. Wyszłam cicho i krążyłam między drzewami. Wiedziałam, że ktoś jest za mną, Luhan nigdy nie zostawia mnie samej.
- Możemy porozmawiać? - Cichy głos rozbrzmiał kawałek przede mną. Zobaczyłam dziewczynę o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Gisa.
- O czym?
- Przyszłam zapytać czy... mogłabym do was dołączyć. - Jej twarz nie wyrażała wiele. - Codziennie budzę się w strachu, że ktoś mnie zabije. Ci ludzie nie mają skrupułów mordować nawet własnych towarzyszy. - Nie byłam temu chętna, ona to chyba dostrzegła, bo kontynuowała. - Oczywiście odwdzięczę się, znam informacje, które mogą być wam pomocne. - Więcej nie było mi trzeba. Moja krew zapłonęła rządzą zemsty.
- Zgoda. - Podałam dziewczynie rękę, a ona ją chwyciła. - A teraz mów.
- Wiem, gdzie dokładnie znajduje się kryjówka Taeila. - O to mi chodziło, w mojej głowie zaczął rodzić się plan doskonały, już nie mogę się doczekać, jak zobaczę wyraz twarzy reszty. - I jest wśród was zdrajca.
- Czemu tak mówisz?
- Taeil wie, że jesteś teraz w depresji i chciałby zaatakować jak najszybciej, ale od kogoś dowiedział się, że masz u siebie pierwszą piątkę, a on nie, i wie, że to byłoby samobójstwo uderzyć na was teraz. Zbiera siły. - Ufałam wszystkim tym ludziom jak sobie samej, więc słyszenie, że ktoś nas zdradził, było bardzo dotkliwym ciosem w serce.
- Dobrze, dziękuję. - Wyciągnęłam do niej rękę, a gdy ją chwyciła, splotłam jej palce ze swoimi i skierowałam ją do naszego domu.
Weszłyśmy do salonu przez taras, a wszystkie oczy zostały zwrócone ku nam. Większość osób miała na twarzy wymalowane zdezorientowanie.
- To Gisa, od dziś będzie z nami mieszkać. - Rozejrzałam się po zebranych. - Luna, mogłabyś zająć się nią i pokazać jej, gdzie będzie mieć pokój? - Drobna dziewczyna uśmiechnęła się i zabrała nową koleżankę na piętro domu. W salonie panowała niezręczna cisza, którą przerwało raptowne wejście Taemina.
- Patrzcie! Fajnie to wygląda? - Zapytał z dużym uśmiechem na twarzy. Kiedy tylko zobaczyłam, co ze sobą zrobił, byłam lekko zdziwiona.. no, może nie lekko. Jego włosy były białe, do tego ścięte i inaczej ułożone. Miał mocny makijaż na oczach i gdybym nie wiedziała, że to on, w życiu bym go nie poznała. Spojrzałam na Luhana, mocno zaciśnięte usta i odrobinę przymrużone oczy. Chyba nie był zadowolony ze zmian swojego chłopaka. - Boże, jeśli się wam nie podoba to spoko, ale nie musicie mnie lustrować takim wzrokiem!
- Nie, stary! Wyglądasz… - Zelo próbował ratować sytuację. - Inaczej! Ale jak tak na ciebie patrzę, to podoba mi się. - Podszedł do niższego i rozwalił mu nową fryzurkę. - Tylko masz chyba za mocny makijaż.
- Nie, jest okey. - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - To ja idę do siebie. - Po tych słowach zniknął na piętrze. Co się dzieje w tym domu. Ehhh. Idę spać.
- Elie. - Już kierowałam się na górę, kiedy zatrzymał mnie głos Luhana. - Mogę dziś spać u ciebie? Nie chcę gadać z młodym.
- Jasne.
*****
- Tu będzie twój pokój, mój jest prawie naprzeciwko, więc jeśli będziesz czegoś potrzebować, wpadnij. - Gisa nie miała pojęcia, dlaczego ta dziewczynka jest dla niej taka miła.
- Czemu to robisz?
- Ale - Luna, zaskoczona, zrobiła chwilę przerwy - co masz na myśli? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Czemu jesteś dla mnie taka pomocna i miła? Nic z tego nie rozumiem.
- Jeśli Elie cię tu przyprowadziła to znaczy, że ma do tego powód, a ja pójdę za nią wszędzie i będę z nią, niezależnie od jej decyzji. - Niższa dziewczyna spojrzała Gisie w oczy. - Uratowała mi życie. - W brązowowłosej odezwało się wspomnienie łkającej i krzyczącej dziewczyny w jednym z pokoi w kryjówce Taeila. Codzienne tortury na nic się nie zdawały. Nic im nie powiedziała, a jej płacz zawsze był błaganiem o opatrzenie jej strażnika. - Poza tym, wiem jak on cię traktował, dobrze że odeszłaś. - Kolejna fala wspomnień zalała dziewczynę. Pamiętała słone łzy, kiedy jej własny strażnik był mocno bity bo On odkrył, że chciała uciec.
- Dzięki mała. - Rozwichrzyła jej włosy.
- Nie ma za co. Ach, i - uśmiechnęła się przebiegle - może jestem niska, ale jestem rówieśniczką Elie. - Na widok miny Gisy, Luna roześmiała się głośno, wychodząc z pokoju. Przed drzwiami, stał oparty o ścianę U-Kwon. Słysząc śmiech dziewczyny, także się uśmiechnął. Byli teraz naprzeciwko siebie.
- Widzę, że humor dopisuje. - Odepchnął się od ściany, zbliżając się do blondynki. - Co powiesz na mały, wspólny seans filmowy? - Zapytał, przygryzając wargę. - Musisz tylko wybrać film, reszta jest już gotowa. - Mówiąc to, pociągnął dziewczynę za rękę w stronę swojego pokoju. Otworzył drzwi i przepuścił Lunę pierwszą. Z łóżka została zrobiona prowizoryczna kanapa a przed nią, na krześle, stał laptop. Na półkach były przygotowane przekąski i napoje. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale rozchyliła tylko usta i, prawdopodobnie ze zdziwienia, nie zdołała wydobyć z siebie ani słowa. Po chwili zamrugała szybko, jakby po to, żeby się ocknąć, wzięła też głęboki oddech, jednocześnie otwierając buzię jeszcze szerzej. Dłonie przyłożyła do policzków w najsłodszy sposób, jaki U-Kwon mógłby sobie wyobrazić. W końcu odwróciła wzrok od pokoju i spojrzała na niego. Kiedy ich oczy się spotkały, uśmiechnęła się szeroko, niczym małe dziecko, które dostało pudełko czekoladowych ciastek bez żadnej okazji. Wszystko w niej wyrażało zachwyt, postawa, każdy gest, spojrzenie… U-Kwon, widząc to, nie mógł powstrzymać się przed dumnym uśmiechem.
- Podoba ci się. - Stwierdził, i bynajmniej, nie było to pytanie.
Luna wróciła spojrzeniem przed siebie i radośnie wyrzuciła ręce na boki, jakby chciała przytulić wszystko, co widziała.
- Ojoooj - pisnęła naprawdę wysoko - Oczywiście że mi się podoba! Przygotowałeś to sam? I to naprawdę wszystko dla mnie? To takie...
- Tak, wiem. - Przerwał Lunie jej potok słów. Nie posiadał się z radości, że to dzięki niemu jest tak podekscytowana. - Jestem cudowny. - Przytulił się do pleców dziewczyny, wkładając głowę w jej włosy. - No! To teraz tylko trzeba wybrać film i jedziemy z tym koksem! - Oboje roześmiali się głośno.
************************************
Dodatek Yaoi
Taemin nie miał zamiaru iść do pokoju, tak jak powiedział swoim przyjaciołom. Wyszedł przez okno, zostawiając je uchylone, jakoś musiał wrócić. Zeskoczenie z pierwszego piętra było łatwe. Szybko znalazł się w lasku. Biegł przed siebie dość długo, kiedy nagle ktoś złapał go i przystawił nóż do szyi.
- Spróbuj choćby drgnąć, a poderżnę ci gardło. - Nie minęła nawet chwila, kiedy osoba, która go trzymała, zaczęła całować go po karku, nóż znalazł się na ziemi, a ręce oprawcy teraz błądziły po jego ciele. - Minnie - Wymruczał mu do ucha, na co on obrócił się w uścisku i stanął z nim twarzą w twarz. Duże, brązowe oczy, charyzmatyczne rysy. Jak dobrze go znał. Minho. Kiedy się spotykali, nie mogli ryzykować, że ktoś ich zobaczy. Wtedy któryś z nich straciłby życie.
- Powiedz, jak podoba ci się moja nowa fryzura? - Zapytał młodszy.
- Jest niesamowita. - Zaczął chłopak. - Już nie wyglądasz jak dziecko i kiedy będę w ciebie wchodził, nie poczuję się jak pedofil. - Taemin roześmiał się.
- W takim razie, na co czekasz? - Bardziej wyraźnego zaproszenia brązowowłosy nie potrzebował. Nie kłopocząc się z rozpinaniem bluzy, ściągnął ją przez głowę razem z koszulką, zostając bez żadnej górnej części odzieży. W tym samym czasie młodszy uporał się ze swoim T-Shirtem. Całowali się długo, namiętnie i brutalnie. Obydwoje walczyli o dominację w tej pieszczocie, ale zdobył ją oczywiście starszy. Kiedy się od siebie oderwali, popchnął mało delikatnie blondyna na drzewo, na co z ust poszkodowanego wyrwał się syk bólu. Przyszpilony do pnia przez ciało Minho, mógł się tylko oddać coraz to większej przyjemności, jaką było lizanie i podgryzanie sutków. Tae nie mógł nic poradzić na to, że z jego gardła wypływały ciche jęki i posapywania. Brunet do swojej zabawy dołączył rękę, gładząc męskość młodszego przez materiał dżinsów.
- Ś... ściągnij. - Taemin wyjęczał. - Ściągnij to i weź mnie w końcu. - Starszy uśmiechnął się, ale spełnił prośbę swojego kochanka.
- Dziś, kochanie, bawimy się na ostro. - Znowu popchnął chłopaka, tyle, że tym razem na ziemię, jednocześnie rozpinając rozporek w spodniach. - Weź. - Blondyn patrzył na niego z rozbawieniem w oczach, ale grzecznie zrobił, co mu kazano. Lizał, ssał i delikatnie zahaczał zębami główkę penisa starszego. Kiedy zaczął poruszać głową, starając się wziąć go całego do ust, chłopak nad nim zaczął jęczeć. - Postaraj się zostawić jak najwięcej śliny. - Powiedział brązowowłosy i kolejny rozkaz został spełniony przez Tae. Kiedy skończył, został pociągnięty w górę i odwrócony przodem do drzewa. Ręce Minho gładziły jego uda i pośladki. Schylił się i polizał go po obydwu jędrnych półkulach. Z ust młodszego można było usłyszeć coraz to głośniejsze jęki. Chciał, żeby brunet wziął go teraz i natychmiast, w tym momencie nie pragnął niczego innego, oprócz uczucia wgłębiającego się w niego członka.
- Możesz przestać się ze mną droczyć? - Warknął rozdrażniony chłopak.
- Jak chcesz, księżniczko. - Minho uderzył wypiętego chłopaka w jeden z pośladków i rozszerzył je. - Postaraj się być cicho. - Po skończonej wypowiedzi, wbił się cały w Taemina. W lesie rozbrzmiał krzyk bólu. - Miałeś być cicho!
- To kurwa nie jest śmieszne! - Krzyknął młodszy. - Czemu to zrobiłeś? - Po jego twarzy płynęły łzy. Nie był gotowy na przyjęcie całej jego długości bez wcześniejszego przygotowania. Brunet dał blondynowi chwilę na przyzwyczajenie się, a później zaczął się poruszać. W ich seksie nigdy nie było czułości, ciepła i spokoju. Obydwoje woleli raczej uprawiać dziki seks w dziwnych miejscach. Minho pchał chaotycznie i głęboko, ręką pompując członka swojego kochanka. Stęków i jęków było coraz więcej. Nie minęło dużo czasu, aż obaj doszli ze swoim imieniem na ustach.
___________________________________
To znowu ja xD
Piszę też tu, żeby coś wyjaśnić.
Jak na pewno zauważyliście, w rozdziale zmienia się narrator. Zrobiłam to, bo chciałam przybliżyć wam, co dzieje się również u innych domowników. Myślę, że takie wstawki będą się często pojawiać.
Pozdrawiam ;D
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam wrażenie, że nikt tego nie czyta, bo nie widzę żadnych komentarzy :c Jednak liczba wyświetleń mówi co innego. Rozdział miał być wczoraj, ale obie z Elie pracowałyśmy nad nim do późnego wieczora, i ona skończyła, natomiast ja kończę dziś ; ) Ale przynajmniej mam pewność, że wszystko jest idealnie, tak jak powinno. Na koniec, takie małe podziękowanie dla autorki, za to, że pozwala mi zmieniać po swojemu co chcę i jak chcę, bo wie, że wszystko co robię, jest dla dobra opowiadania. : )
Luna
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
